Nawet najlepszy pomysł na fabułę, najciekawszy świat przedstawiony i najmądrzejsze przemyślenia mogą nie uratować książki, jeśli autor stworzy beznadziejnych bohaterów. No i niestety bardzo często się zdarza, że twórcy obdarzają postacie takimi cechami charakteru, które mnie odrzucają na kilometr.
Wielka przesada
Czyli kiedy autor pakuje w swoich bohaterów wszystko, co tylko możliwe. Nieraz spotkałam się z postacią, która była arcyinteligentna, piękna, ponętna, waleczna, z traumatyczną przeszłością, z chorobą psychiczną, tak że staje się po prostu karykaturą siebie. Chyba podpadają tu popularne Mary Sue, czyli bohaterki/bohaterowie bez wad, którym wszystko się zawsze udaje, nauka wszystkiego przychodzi łatwo i są stawiani jako wzór do naśladowania. Już zupełnie mnie odrzuca, jeśli przy takim "koksie" inne postacie są potraktowane jedynie jako tło. Świetnym przykładem są bohaterowie książek Gilian Flynn, a marysiuzm często się przewija w nastoletnich fantasy czy mangach.
Szare myszki
Przeciwieństwo poprzedniej cechy, czyli tworzenie bohaterów do bólu nijakich. W powieściach erotycznych czy romansach (które powinny doczekać się oddzielnego wpisu bo czasem szok co się tam dzieje) nie wyróżniające się, ciche, nieśmiałe kobiety, bez własnego zdania, uległe, w skrajnych przypadkach cechujące się bezgraniczną głupotą ALE jakimś cudem wszyscy się w nich zakochują, są obiektem pożądania i nagle znajdują się w centrum wydarzeń, chociaż przeczy temu jakakolwiek logika. W męskiej wersji - niepewni siebie, przeciętnej urody chłopcy lub mężczyźni, na których kobiety się wręcz rzucają, a oni sami stają na czele jakiejś rebelii czy rewolucji. Często zastanawiam się, jak to możliwe, że to właśnie takie bezpłciowe postacie (nieważne czy kobiece czy męskie, chociaż tych drugich jest mniej) napędzają fabułę i są dla niej kluczowym elementem.
Bohaterowie, którzy wmawiają nam, że są inni niż w rzeczywistości
To jest dla mnie chyba największy koszmar, kiedy postać jest wychwalana albo przez narratora, albo przez innych, albo nawet siebie samą, a jej zachowanie wcale tego nie pokazuje. To jest bardzo niekonsekwentna budowa postaci, z którą spotkałam się np. w Modyfikowanym węglu - bohater sam o sobie mówi że jest pozbawiony uczuć, zimny i wyrachowany, podczas gdy w rzeczywistości zachowuje się jak każda normalna osoba i troszczy się o bliskich.
To jest bardzo częste w książkach, gdzie jest dużo postaci i wątków politycznych albo w sci-fi, np. cyberpunku czy space operach (ostatnio mi to troszkę przeszkadzało w Głębi Podlewskiego). Autor wtedy ma kilka schematów, na których buduje bohaterów, tak że często wszyscy są tacy sami. Wiadomo, że niektóre profesje czy wątki wymagają osób o określonym charakterze, ale na litość boską, chociaż nie w jednej książce! To też zniechęca do danego pisarza/pisarki, bo mi osobiście nie chce się czytać książek, jeśli wiem, jakie charaktery tam spotkam.
Bohaterowie drugoplanowi krzywdzeni przez głównego
To się zdarza np. wtedy, kiedy postacie poboczne mimo dobrze skonstruowanych, ciekawych charakterów w razie jakiejś poważniejszej akcji "usuwają się w cień" żeby mógł wkroczyć Ten Główny. Albo kiedy postać pierwszoplanowa wykorzystuje pomoc innych, żeby samemu zbierać laury. To mnie denerwowało w Harrym Potterze, gdzie tytułowy bohater nie należał do najmądrzejszych i nie ukrywajmy - bez Hermiony i Rona (nie mówiąc o innych, którzy całe życie mu pomagali z ukrycia) daleko by nie zaszedł; mimo to nigdy nie stali się nikim więcej niż "przyjaciółmi Harry'ego".
Wylałam już swoje żale :D A Was co denerwuje w książkowych postaciach?? Dzisiaj post taki trochę śmietkowy, bo wzięłam się za czytanie książek, które w ogóle mi nie idą, mam jakiś kryzys :( poza tym odkryłam nową pasję czyli Mass Effect, która pochłania mi mnóstwo czasu poza pracą, wiem, wstyd :o

