Iljon Tichy znany jest przede wszystkim jako bohater i narrator Dzienników gwiazdowych, ale tym razem przyjechał do Costaricany na Ósmy Światowy Kongres Futurologiczny. Któż by się mógł spodziewać, że ta spokojna impreza doprowadzi w końcu do prawdziwie futurystycznej przygody? Na pewno nie Iljon, chociaż rozsądek podpowiadał, że skoro Costaricana jest targana konfliktem wewnętrznym, to grupa bądź co bądź futurologów mogła dojść do wniosku, że prędzej czy później miejsce obrad może stać się ofiarą ataku zbrojnego.
Po ataku na hotel Tichy przenosi się do miejsca, które udowadnia, że utopia to nie jedynie wymysł marzycieli. Społeczeństwo przyszłości, w którym każdy może robić, co mu się podoba, nie ma przeludnienia, wojen, a dowolny stan umysłowy można zaserwować przez środki chemiczne to globalna codzienność. Halucynacje każdego rodzaju dostępne są w sklepie za rogiem; ponadto literatura w lizakach, do wyboru, do koloru. Lem atakuje krzykliwością niczym reklamy na billboardach, ale pod powłoką tego wszystkiego kryje się drugie, bardzo mroczne dno. Autor w tej krótkiej nowelce rozważa prawdę, którą nie zawsze warto poznać i problem życia w innym świecie, w tym przypadku narkotycznym, ale warto zamienić go na obecny w naszej rzeczywistości wymiar wirtualny - i mamy dość pesymistyczny widok. Na szczęście książka została zaopatrzona w dużą dawkę poczucia humoru, dzięki czemu jest dosyć lekka i zabawna.
Ponadto w książce świetnie została wykreowana wielopoziomowa rzeczywistość, nic nie jest oczywiste, a momentami nastrój jest tak psychodeliczny, że można powątpiewać w realność naszego świata. Jednocześnie nic się ni dłuży podczas czytania, autor buduje bardzo obrazowe opisy przy oszczędnym doborze słów - na 180 stronach dzieje się tyle, że czytelnikowi się wydaje, jakby czytał od co najmniej tygodnia. I oczywiście jak zawsze jestem pod wielkim wrażeniem stylu i lekkości języka Lema, a jaki to język! Kongres to prawdziwy pokaz słowotwórczy i to w najlepszym wydaniu. Uśmiałam się czytając o tych wszystkich śnidłach, krętynach, sakrontalach czy jajkonoszach.
Jeśli kogoś nurtuje pytanie, czy Kongres można czytać bez znajomości Dzienników gwiazdowych, spieszę z odpowiedzią - tak. Nie jest to też bardzo typowa sf, więc osobom nie przepadającym za gatunkiem też polecam. Co ja gadam - każdemu polecam Kongres, to przeinteligentna, zabawna mini-powieść!



