Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 marca 2019

Dary, Ursula K. Le Guin

Każdy na pewnym etapie życia marzył i wyobrażał sobie o posiadaniu jakiejś niesamowitej mocy, jak czytanie w myślach czy teleportacja. Filmy i książki o superbohaterach pokazują, jak wspaniale byłoby mieć dar, dzięki któremu życie byłoby ciekawsze i łatwiejsze. Co jednak by się stało, gdyby posiadana przez ludzi moc była tak niebezpieczna, że pozbawiona kontroli mogła unicestwić coś lub kogoś w mgnieniu oka?

Wyżyny zamieszkiwane są przez rody, których członkowie posiadają takie właśnie moce, określane jako dary. Niektórzy potrafią przyzywać zwierzęta, inni sprowadzić chorobę lub śmierć przez wycieńczenie. W rodzie Orreca, głównego bohatera darem przechodzącym z ojca na syna jest odczynianie, w praktyce oznaczające całkowite unicestwienie dowolnego obiektu. Od siły daru zależy kruchy pokój miedzy rodami, które bardzo często walczą między sobą, kradną bydło i ziemie należące do słabszych sąsiadów. Dlatego od najmłodszych lat Orrec jest uczony korzystania z daru, w oczekiwaniu na jego przebudzenie. Jednak kiedy ta chwila następuje, oznacza dla chłopca i jego najbliższych początek bardzo smutnego, trudnego czasu. Dar Orreca jest dziki, to znaczy nie poddający się woli użytkownika i mogący ujawnić się w nieoczekiwanym momencie. Chłopiec zgadza się na zapieczętowanie oczu i dopóki jego moc się nie ustabilizuje wiedzie żywot jako ślepiec.

Nie ma w powieści Le Guin zawrotnej akcji, jeśli ktoś spodziewa się biegających po polach supermanów to się rozczaruje. Dary mówią przede wszystkim o dojrzewaniu Orreca, jego lękach i zagubieniu oraz o wsparciu rodziny i przyjaciół. Bardzo wyraźna jest rola rodziców w życiu syna, ojca pełniącego rolę mentora oraz troskliwej matki dającej całej rodzinie ciepło. Autorka przy okazji porusza tematy takie jak odpowiedzialność, poświęcenie dla dobra rodziny a na przykładzie rodziców chłopaka pokazuje szereg uprzedzeń i zawiłości społecznych oraz stosunek małych społeczności do roli mężczyzn i kobiet w domostwach.
Ważną postacią jest Gry, przyjaciółka Orreca z sąsiedniego domostwa, która posiada dar przyzywania zwierząt. Jest ostawiona trochę jako przeciwieństwo chłopaka, ponieważ potrafi świetnie korzystać z daru, jednak nie chce tego robić w sposób, jakiego się od niej oczekuje, tzn. do przyzywania zwierzyny łownej. Jej moc podobnie jak w przypadku Orreca nie przynosi dziewczynce szczęścia i musi zmagać się ona z dylematem - czy ważniejsze jest działanie zgodnie z sumieniem czy powinność wobec rodziny.

Jak zwykle powieść jest cieniutka ale naszpikowana wątkami, w tym przypadku związanymi przede wszystkim z życiem rodzinnym. Wszystko splata się bardzo subtelnie i nie ma się wrażenia, ze coś jest poruszone bez celu. Autorka zadaje pytanie o odpowiedzialność, stratę i żałobę oraz o to, ile można poświęcić dla dobra bliskich. 

Dary to pierwsza część cyklu Kroniki Zachodniego Brzegu, jednak jako samodzielna powieść sprawdza się bardzo dobrze. Została wydana kilka lat temu jako jedna książka oraz niedawno w zbiorze Wracać wciąż do domu, ale bez znaczenia, po którą sięgniecie, to ta sama wersja. A sięgnąć warto, bo to jedna z takich powieści, w której za każdym razem odkrywamy coś nowego i porusza tematy, które ostatnio w młodzieżowych pozycjach nie są bardzo popularne.
Czytaj dalej »

czwartek, 7 lutego 2019

Czy jestem osobą? | Zrodzony, Jeff VanderMeer

Bardzo lubię powieści VanderMeera, może nie są one wybitnymi arcydziełami, ale zawsze mają w sobie coś, co zapada mi na długo w pamięci. Tak też było w przypadku Zrodzonego, na którego polskie wydanie czekałam dość długo. Muszę przyznać, że spodziewałam się zupełnie czegoś innego, ale czy się rozczarowałam?

Tłem akcji jest miasto po katastrofie. Nie wiadomo, co się naprawdę wydarzyło, na pewno było to związane z Firmą tworzącą biotechnologiczne istoty. Jedną z nich jest Mord, gigantyczny niedźwiedź terroryzujący ruiny. Za każdym rogiem czeka zagrożenie, czy to ze strony firmowych produktów czy resztek ludzkości. W takim świecie żyje Rachel, poszukiwaczka żywności i przedmiotów mogących przydać się jej partnerowi Wickowi. Jednym z takich znalezisk jest tytułowy Zrodzony.

Na początku przypomina roślinę, jednak z czasem przejawia oznaki osobowości, rośnie i szybko się uczy, wykształcając z Rachel dziwną więź. Zrodzony przypomina dziecko, którego kobieta próbuje wychować, zapominając, ze nie jest człowiekiem. Z czasem staje się coraz bardziej przerażona szybkim rozwojem swojego przyjaciela, a jego nieludzkie zdolności wymykają się jej spod kontroli. Niepokój wzrasta z każdym rozdziałem, kiedy razem z Rachel przestajemy wiedzieć, co w przypadku Zrodzonego jest prawdą, a co kłamstwem, a autor dobrze buduje napięcie aż do finału powieści. Bardzo ciekawie i przerażająco została przedstawiona obcość istoty, która posiada mnóstwo cech ludzkiej osobowości, a mimo to rozumuje w całkowicie odmienny sposób.

Zrodzony jest powieścią o akceptacji, miłości, wychowaniu i o cierpieniu, które wywołują. Każda z postaci zasługuje w jakimś stopniu na współczucie i każdego możemy zrozumieć. Tytułowy bohater często zadaje pytanie "Czy jestem osobą?", ale w świecie przedstawionym niemal każdy musi na nowo szukać na nie odpowiedzi, zwłaszcza że granice między człowiekiem a potworem bardzo łatwo zatrzeć.

Książka zawiera również nowelę Dziwny ptak, która rozgrywa się w świecie Zrodzonego, jednak opowiadana jest z całkowicie innej perspektywy. Towarzyszymy Dziwnemu Ptakowi, wynalazkowi firmy, który szuka własnej tożsamości i celu istnienia, niestety otrzymuje jedynie cierpienie i smutek. Jest to bardzo ciekawa opowieść o rozwoju stworzenia i wzrastającej samoświadomości ale też o tym jak łatwo można zniszczyć coś niewinnego i pięknego i jakie to może mieć dla tej istoty konsekwencje.

Jak napisałam na początku lubię prozę VanderMeera i mogę być mało obiektywna, ale myślę że Zrodzonego mogę śmiało polecić jako ciekawą i nieszablonową historię. Nie jest może tak szalona jak cykl o Ambergis, przez co jest bardziej klarowna, a w tym przypadku działa to na korzyść powieści. Zrodzony to dobra książka na zapoznanie z autorem, bo poza nią tylko Podziemia Veniss są jednotomową opowieścią, ale dla niezaznajomionych w podobnych tematach może się okazać zbyt brutalna.
Czytaj dalej »

środa, 19 grudnia 2018

Gdzie zaczyna się sen | Puste niebo, Radek Rak

Bardzo rzadko zdarza mi się trafić na książkę, która wzbudziłaby u mnie tak mieszane uczucia. Puste niebo z jednej strony mnie całkowicie zachwyciło, ale jednocześnie bardzo rozczarowało i do dziś nie wiem, co o niej myśleć.
Z pozoru powieść Raka ma prostą, liniową fabułę. Tołpi, prosty dzieciak ze wsi wyławia z Bugu Księżyc i przypadkiem rozbija. Zostaje więc wysłany do Lublina z misją odnalezienia Jana Hespera, który jest jedyną osobą potrafiącą stworzyć nowy księżyc - bez tego przestaną rodzić się dzieci i ludzkość wymrze. Fabuła opiera się na podróży Tołpiego i zdobywaniu kolejnych składników niezbędnych do wytworzenia księżyca. Jednak liniowość powieści jest tylko pozorna, konstrukcją przypomina bardziej sen, który może zaczyna się logicznie, ale z czasem staje się coraz bardziej surrealistyczny, żeby w końcu przekształcić się w koszmar.

Uwagę przykuwa przede wszystkim magiczny Lublin, jego uliczki, zaułki, podziemia. Akcja dzieje się w nieokreślonym czasie mniej więcej w XX wieku, a dodatkowo ma się wrażenie, że działania bohaterów nasilają się wieczorami i nocą. To połączenie nadaje powieści świetny, tajemniczy klimat. Lublin jest miejscem ucieleśniających się zabobonów, baśni i stworzeń z ludowych wierzeń, ma swoje humory i fanaberie, przez co staje się niejako dodatkowym bohaterem. Miasto w powieści ma wiele wymiarów, i bardzo często podczas lektury towarzyszyło mi napięcie i niepewność, bo miejsca stale ulegały deformacjom, co zwykle prowadziło do niebezpiecznych sytuacji.

Zachwycającemu Lublinowi towarzyszy piękny język i lekkość narracji. Bardzo obrazowy i liryczny styl sprawiał, że nie chciało się odkładać książki. Muszę też pochwalić wszelkie sceny erotyczne, o ile na mój gust było ich trochę za dużo (i trochę nieuzasadnionych), to napisane naprawdę z wyczuciem, nie wulgarnie.  Dawno nie czytałam tak ładnie napisanej powieści.

Za to nie mogę darować panu Rakowi bohaterów. Mieli być chyba ludzcy, prości, wyszli puści (tak jak niebo), płytcy, aż czasami groteskowi. Najbardziej odstręczający był Tołpi, wiejska niemota, w dodatku wyjątkowo głupia. Było mi bardzo trudno śledzić jego poczynania, bo jak można wczuć się w postać, która nie wykazuje żadnego logicznego myślenia, nie ma własnego zdania i robi wszystko co mu się każe (jeśli dostaje rozkaz od osoby posiadającej piersi), lub nie robi nic (jeśli prosi go ktoś, kto chce mu pomóc)? Z chęcią będę zapoznawać się z kolejnymi dziełami autora, ale jeśli będzie nadal tworzył tak nieudolnych bohaterów, to raczej szybko zrezygnuję. Może na pocieszenie dodam, że mimo wszystkich wad każda z postaci coś sobą reprezentuje i na ich przykładzie można w różny sposób interpretować tytułową pustkę.

Jak pisałam, Puste niebo było dla mnie pod wieloma względami zaskakującą powieścią i naprawdę warto ją przeczytać. To bardzo nieoczywista fantastyka i takiego rodzaju książek powinno powstawać jak najwięcej. Mimo tego że nie obyło się bez drobnych zgrzytów to wspominam ją dobrze i pewnie jeszcze kiedyś wrócę do tej innej strony Lublina, magicznej, baśniowej i nieokiełznanej.
Czytaj dalej »

poniedziałek, 16 lipca 2018

Filmy science fiction warte obejrzenia

Jeszcze nigdy nie pisałam posta na temat filmów (i może więcej nie napiszę, kto wie), ale tak myślałam o mojej mini serii wpisów o sf i właśnie takiego mi brakowało. W końcu olbrzymią część utworów science fiction  w ogóle stanowią filmy i nie ma co ukrywać - efekty specjalne lepiej się ogląda niż o nich czyta ;) Nie stawiałam na jakieś absolutne klasyki, wybrałam filmy, które uważam za dobre i godne polecenia, niezależnie od tego czy ktoś sf lubi czy nie.

Ona | Her (2013)
Poza tym, że Her jest filmem przepięknym wizualnie, to podejmuje temat przyszłości, która zaczyna się już teraz. Samotność bohaterów mimo pozornej bliskości innych, izolowanie się w komputerowym świecie czy przedkładanie rzeczywistości wirtualnej ponad prawdziwą. Brzmi jakoś tak znajomo. Poza tym ciekawie ujęty temat sztucznej inteligencji, która zastępuje głównemu bohaterowi przyjaciółkę i próba odpowiedzenia na pytanie, czy można kochać tylko istoty organiczne? Czy uczucia wobec bądź co bądź programu komputerowego można uznać za prawdziwe?

Ludzkie dzieci | Children of Men (2006)
Dosyć wstrząsająca ale prawdopodobna wizja świata, gdzie panuje brud, smród i ubóstwo, zacofanie gospodarcze, skażenie środowiska i degradacja społeczeństwa. Do tego ludzkość mierzy się z największym problemem - przestały się rodzić dzieci. Wizja zagłady ludzkości wywołuje wojny, terroryzm i inne akty agresji, bądź zupełną apatię. Jednak główny bohater Theo ma szansę zmienić ten stan rzeczy, kiedy spotyka na swojej drodze ciężarną kobietę. Bardzo smutny film, uświadamiający, że musimy robić wszystko co się da, żeby następne pokolenia miały szansę na godne życie.

Moon (2009)
Właściwie nie wiem, co jest takiego w tym filmie, że oglądam go chyba 10 raz i nadal mi się podoba. Opis brzmi jak sztampowe sf. Moon jest historią stacjonującego na Księżycu Sama, który przez 3 lata nadzorował tam roboty wydobywcze surowca niezbędnego Ziemi. Za towarzysza ma jedynie robota, ale na szczęście za 2 tygodnie ma wrócić do rodziny, za którą szalenie tęskni. Okazuje się, że pewne przypadki odsłaniają przed nim prawdę o jego "pracy" i o tym, kim naprawdę jest. Film jest oszczędny zarówno pod względem scenografii jak i aktorów, ale Sam Rockwell wykreował świetną postać, a klimat i scenariusz nie pozwalają oderwać się od ekranu.

Nowy początek | Arrival (2016)
Na temat tego filmu wszędzie słyszałam ochy i achy więc raczej byłam sceptycznie nastawiona, ale faktycznie, powalił mnie na łopatki. Absolutnie genialne ujęcie tematyki pierwszego kontaktu, gdzie bohaterowie naprawdę poszukują z obcymi wspólnego języka, i nie jest to wcale proste. Sama nieraz się zastanawiałam, jakby to było, porozumieć się z czymś całkowicie obcym, jak odczytać język, który może nie mieć z naszym nic wspólnego? Jednocześnie film ma bardzo ludzki wymiar i pokazuje nasze największe wady jako ludzkości. I wielki plus za nieliniowe przedstawienie czasu. Bardzo odważna i fascynująca produkcja.

Dystrykt 9 | District 9 (2009)
Ze wszystkich tytułów tutaj chyba Dystrykt 9 jest najbardziej taki "rozrywkowy". Pokazuje kontakt z obcymi, ale w odróżnieniu od innych tego typu filmów kosmici nie są tutaj agresorami. Ich statek "ląduje" nad Johannesburgiem, jest jednak wyraźnie zepsuty, bo obcy (którzy wyglądają jak przerośnięte krewetki) nie potrafią go ponownie uruchomić, przez co zmuszeni są zostać na Ziemi. I co w takim razie robią ludzie? Zamykają ich w obozach na wzór obozów dla uchodźców. Dystrykt 9 to obraz ludzkiej nietolerancji, zaściankowości, snobizmu i okrucieństwa i niech lepiej wszystkie obce formy życia omijają Ziemię szerokim łukiem.

Oglądaliście któryś z wymienionych filmów? Może macie jakieś ciekawe rekomendacje? W ogóle, jak z postami filmowymi? Czy to nie będzie zbyt ekstrawaganckie jak na mojego biednego blogaska? :)
Czytaj dalej »

sobota, 30 czerwca 2018

Czytamy klasykę | Przełęcz. Osada, Kir Bułyczow

Kiedy byłam młodsza bardzo fascynowała mnie historia Robinsona Cruzoe i podobne opowieści o rozbitkach, którzy muszą walczyć o przetwanie i urządzić się w obcych warunkach. Zawsze zastanawiałam się, jak bohaterowie radzą sobie bez przedmiotów codziennego użytku, co myślą czekając na ratunek. Przełęcz i Osada są takimi historiami, ale w kosmicznej skali - bohaterowie muszą nauczyć się życia na zupełnie obcej, nieprzyjaznej planecie.

Statek kosmiczny "Polus" rozbija się w górach nieznanej planety. Ci, którym udało się przeżyć uciekają w cieplejsze doliny i zakładają niewielką osadę. 20 lat później młode pokolenie nie ma zielonego pojęcia, czym jest Ziemia, przypominają coraz bardziej dzikie zwierzęta niż ludzi. "Polus" jest nieosiągalnym wspomnieniem o nieznanym domu, a kolejne wyprawy mające do niego dotrzeć wracają (lub nie) z pustymi rękami. Tym razem jednak osadnicy stawiają na młodych - Olega, Dicka i Mariannę, którzy mają za zadanie dostać się do przełęczy.

Świat w powieści nie jest wcale kolorowy ani przyjemny. Większość planety porasta las, wiecznie zachmurzony i ociekający deszczem. Każda roślina czy zwierzę to niebezpieczne stworzenie, z którym nieuzbrojony człowiek nie ma żadnych szans. Książka świetnie pokazuje ogromny trud, jaki pierwsi osadnicy musieli włożyć w jako takie przygotowania miejsca do życia i jak ciężko im znosić nieprzyjazne warunki na obcej ziemi. Pokazuje też, jak kolejne pokolenia coraz lepiej dostosowują się do środowiska, czemu towarzyszy powolna dewolucja. Mimo że wszyscy wierzą na ratunek z Ziemi to pojawiają się wątpliwości, czy po tym wszystkim jest sens wracać? Czy dzieci, które już zżyły się z lasem będą w stanie normalnie funkcjonować w cywilizacji? Czy warto uczyć nowe pokolenia o tym, czym jest Ziemia? Co jest ważniejsze - przetrwanie za wszelką cenę czy zachowanie tożsamości?

Powieść Bułyczowa w skrajny sposób pokazuje, jak wiele człowiek zawdzięcza osiągnięciom techniki i naszym przodkom. Bez narzędzi zastraszająco szybko stalibyśmy się podobni do człowieka pierwotnego, który ma problem z rozpaleniem ognia. Bohaterowie powoli i na własną rękę dochodzą do najprostszych wynalazków - jak powiedział jeden z nich, wielkim sukcesem było wystruganie pierwszej łyżki. Z drugiej strony widzimy też, jak szybko człowiek dostosowuje się do zmian.

Bohaterowie powieści są całkiem prości i wydaje się, że stworzeni do reprezentowania jakiejś postawy. Dobrym przykładem jest konflikt Olega i Dicka. Pierwszy z nich wierzy w ratunek, jest uzdolniony technicznie, a jego największą siłą jest umysł, podczas gdy drugiemu dobrze na tej niebezpiecznej planecie, bo jest myśliwym i walka z nią stanowi dla niego wyzwanie. Jednak to, że bohaterowie nie są skomplikowani nie znaczy, że nie można ich lubić, każdy ma swoje motywy i zdanie, i nie zdarzają się postaci, które nagle zmieniałyby charakter o 180*.

Mimo że Przełęcz i Osada mają już parę lat, to wciąż kawał solidnej literatury, która ani trochę się nie zestarzała. Proza Bułyczowa przypomina trochę Cieplarnię Aldissa i widać, że była silną inspiracją dla Ciemnego Edenu Becketta. To jest takie sf, które nie jest wcale trudne czy bardzo techniczne, ale nastawione bardziej na zagadnienia socjalne, i przez to uniwersalne. Zapomniałam wspomnieć - Osada jest kontynuacją Przełęczy, dlatego traktowałam obie jako całość :) Jedyne co zarzucam książce, to błędy w wydaniu, mnóstwo literówek, interpunkcja leży a czasem nie wiadomo skąd w środku zdania pojawiają się jakieś dziwne znaki. W dzisiejszych czasach tak nie powinno wydawać się książek, zwłaszcza tak dobrych.

Czytaj dalej »

czwartek, 10 maja 2018

Apostoł szalonego boga | Valis, Philip K. Dick

Konioluba Grubasa spotkała dziwna przygoda. Najpierw popełniła samobójstwo jego przyjaciółka, później on sam próbował. Brał trochę narkotyków a po nieudanej próbie samobójczej trafił do psychiatryka. A wszystko dlatego, że zobaczył Boga w wiązce różowego światła.
Philip K. Dick jest znany jako genialny i jednocześnie szalony twórca science fiction, narkoman i alkoholik; trudno powiedzieć czy jego pisarstwo to przejaw uzdolnień czy narkotycznych wizji. Valis jest jedną z najbardziej niesamowitych i dziwnych powieści autora, a jednocześnie najbardziej osobistą - w 1974 roku doświadczył wizji, które zmieniły jego światopogląd i religijność. Próbując wyjaśnić owe dziwne zjawiska zagłębiał się w judaizm, odłamy chrześcijaństwa i gnostycyzm, a swoje spostrzeżenia ujął w Egzegezie, swoistym dzienniku (no i naturalnie w Valisie).

Mimo że to książka z elementami autobiograficznymi nie jest napisana tylko dla zatwardziałych fanów Dicka. Dzięki zastosowaniu trzecioosobowej narracji autor zdystansował się do Konioluba, swojego alter ego, a wszystkie informacje o życiu bohatera poznajemy z opowieści znajomych (głównie Phila, który również jest w pewnym sensie wcieleniem autora) i rozmów innych postaci. Oś fabularną stanowi poszukiwanie wyjaśnienia dziwnych wizji Grubasa, które prowadzą go przez szpital psychiatryczny, terapeutów i różne strony świata, aż do odkrycia Valisa - Rozległego Żywego Systemu Informatycznego, który może mieć niebagatelny wpływ na losy świata.

Z drugiej strony Valis jest powieścią niesamowicie wymagającą i trudną, poruszającą kwestie religii, zbawienia, przeznaczenia i celowości życia. Autor posługuje się terminologią religijną, która nieraz zmuszała mnie do szukania znaczenia wyrazów (a nie jestem jakimś wielkim nieukiem), a długie monologi, wręcz potoki słów wymagały skupienia i robiły psychodeliczne wrażenie. Czytelnicy Dicka wiedzą, że religia była lubianym przez niego motywem, ale w żadnej czytanej przeze mnie wcześniej książce nie rozwodził się nad nią tak bardzo, jak tutaj; cała powieść ma wręcz mistyczny charakter.

Przy tym wszystkim powieść czyta się bardzo dobrze, widać, że jest to książka napisana przez dojrzałego pisarza i mimo że stwarza pozory szaleństwa, to taka właśnie miała  być. Język i styl stoi na wysokim poziomie, narracja poprowadzona jest świetnie i bardzo płynnie zmieniana. Trudno napisać cokolwiek o bohaterach, poza Grubasem wszyscy są zarysowani całkiem dobrze, ale bardziej na zasadzie pewnego schematu czy figury niż ludzi z krwi i kości; myślę, że jest to uzasadnione stanem psychiki Grubasa, która oddziałuje na wszystko, co się dzieje i istnieje w powieści (co jest raczej normalne w przypadku autobiograficznego poszukiwania siebie).

Proza Dicka mimo że zaliczana do science fiction raczej wymyka się z ram tego gatunku, a Valis jest najdziwniejszą z nich. Jak napisałam, wymaga skupienia i czasu, żeby ja "przetrawić", ale zdecydowanie zapada w pamięć. Na pewno spodoba się osobom, które cenią sobie ciekawy pomysł i rozmyślania na tematy duchowe i teologiczne oraz zainteresowanych tym, co się dzieje w głowie osoby psychicznie niestabilnej. Valis jest pierwszym tomem Trylogii Valisa, ale spokojnie można traktować ją jako zamkniętą całość, gdyż jak słyszałam, z cześcią drugą -  Bożą Inwazją łączy ją tylko ideologia. 

I jeszcze wybierając lekturę polecam raczej nowe wydanie Rebisu niż to stare z serii Salamandra, ponieważ nowsze zawiera przedmowę Lecha Jęczmyka, jakże ważną dla odbioru całej powieści. Ale ta stara ma za to fajną okładkę :)
Czytaj dalej »

niedziela, 29 kwietnia 2018

Życie zawsze jest tym samym | Drugie odkrycie ludzkości. Nostrilia, Cordwainer Smith

Książka dosyć długo czekała na półce na swoją kolej. Nazwisko autora nic mi nie mówiło, a kot w jakimś futurystycznym kasku, mimo że całkiem niebrzydki to kojarzył mi się z czymś bardzo kiczowatym. I pewnie mogłaby być książką bardzo kiczowatą i naiwną, gdyby nie smak i wrażliwość autora.
Pozycja zawiera w sobie zbiór dwunastu opowiadań pt. Drugie odkrycie ludzkości oraz jedyną powieść autora, Nostrilię. To, co łączy wszystkie utwory i sprawia, że poszczególne opowiadania nie mogą być traktowane jako niezależne teksty jest scenografia - bardzo daleka przyszłość, gdzie Ziemią i innymi zamieszkałymi planetami włada Instrumentalność. Dodatkowym spoiwem są bohaterowie, których poznajemy w jednym utworze, a w następnym mogą pełnić rolę mitu, symbolu czy mesjasza. 

Tym, co od razu rzuca się w oczy jest szalona wręcz wyobraźnia autora. Niemal nieskończone życie? Czemu nie! Koty asystujące przy obronie statków kosmicznych? Jasne! Zwierzęta tworzone na wzór ludzi? Proszę bardzo! Wydaje się, że na takie dziwactwa nie ma miejsca w poważnej sf, ale jak pisałam, akcja rozgrywa się w naprawdę dalekiej przyszłości, od roku 6000 do 16000. Ze strony autora uważam to za genialne posunięcie, bo rzeczywistość książki jest tak odległa, że oderwana od znanych nam naukowych rozważań. Równocześnie wprowadza to powiew świeżości do sf, która zwykle nie wybiega aż tak bardzo w przyszłość, a w przypadku starszych dzieł często już ją wyprzedziliśmy.

Smith stworzył bardzo spójne uniwersum. Co prawda na początku, wrzuceni w wir wydarzeń możemy zagubić się w świecie przedstawionym, ale z każdym kolejnym opowiadaniem dostajemy kolejną dawkę informacji, które uzupełniają naszą wiedzę. Widzimy jak rozwija się transport międzyplanetarny, jak ludzkość wydłuża życie i w końcu popada w stagnację, jak tworzy coraz inteligentniejsze roboty i zwierzęta. Jednocześnie nie jest to typowe science fiction, naładowane techniką, największy nacisk autor stawia na rozważania nad istotą człowieczeństwa, relacją człowiek-zwierzę (i tym, gdzie kończy się granica między istotami inteligentnymi), rasizmem, problemami przeludnienia czy wręcz przeciwnie - wyludnienia. Duża część opowiadań ma wręcz religijny charakter, poświęcony tajemniczym obrzędom w podziemiach miast, a niektóre narracją przypominają mity lub legendy.

Drugie odkrycie ludzkosci. Nostrilia została wydana jako 5 książka z serii Artefakty wydawnictwa Mag i zauważyłam w niej kilkanaście literówek i posklejanych wyrazów, ale co mi się bardzo podoba, przed każdym utworem jest zamieszczona krótka notka o okolicznościach jego powstania. Książka Smitha jest bardzo nowatorska i porusza mnóstwo ciekawych zagadnień, poza tym autor ma świetny, lekki styl, dlatego nie widzę powodu, dla którego nie warto byłoby sięgnąć po tę pozycję.
Czytaj dalej »

sobota, 14 kwietnia 2018

Miłość, która pokonała śmierć | Beren i Luthien, J. R. R. Tolkien

Beren i Luthien to poruszająca opowieść o miłości między elficką królewną a śmiertelnikiem, znana z Silmarillionu, a wzmianki o niej znajdują się też we Władcy Pierścieni. Książka powstała pod redakcją syna Tolkiena, Christophera i zawiera mnóstwo komentarzy na temat postania i ewolucji utworu, wprowadzanych do niego z biegiem czasu zmian i fragmentów innych tekstów nawiązujących do opowieści o Berenie i Luthien.

Ojciec Berena zostaje zabity przez sługi Morgotha, a on sam musi uciekać przed pościgiem orków. Dostaje się do Doriathu, krainy elfów rządzonej przez Thingola i Melianę. W lesie widzi tańczącą córkę króla, Luthien i zakochuje się w niej. Na przeszkodzie rodzącej się miłości staje Thingol, który stawia Beenowi warunek: może poślubić Luthien tylko jeśli przyniesie królowi Silmarill, jeden z największych skarbów świata. Wydaje się, że to warunek niemożliwy do spełnienia, ponieważ Silmarille znajdują się w koronie na głowie Morgotha, władcy ciemności o wielkiej potędze. Beren jednak wyrusza do twierdzy nieprzyjaciela, pokonując wraz z Luthien wiele niebezpieczeństw.

Tolkien stworzył bardzo ciekawą, wzruszającą opowieść, z wyrazistymi postaciami i wieloma zwrotami akcji. Jest częścią mitologii Śródziemia, niezwykle ważną dla wszystkich pozostałych jego dzieł i ma wszystko, czego potrzeba wspaniałej, heroicznej pieśni - pięknych i dobrych bohaterów, potężnego wroga, magię i miłość. Niestety nie jest to samodzielna historia i nie wyobrażam sobie, żeby była zrozumiała dla osób nie znających Silmarillionu. Niby mamy krótkie wprowadzenia i wyjaśnienia co do tła akcji i postaci pobocznych oraz słownik nazw na końcu książki, ale wydaje mi się, że wszystko to pisane jest raczej jako przypomnienie dla obeznanych ze światem Tolkiena. 

Nie można też odmówić książce pewnej chaotyczności. Mamy kilka wersji historii, od najwcześniejszego szkicu aż po fragmenty, które Tolkien napisał po Władcy Pierścieni, fragmenty Silmarillionu i innych dzieł, które akurat dotyczą Berena i Luthien. W części z nich mamy jeszcze stare wesje imion czy nawet całych wątków, więc trochę ciężko się w tym wszystkim połapać. Poszczególne fragmenty są pisane różnym stylem, część prozą a część wierszem, poza tym ciekawostką są zapisy w oryginale, który dla osób znających dobrze angielski i jego archaiczne formy będzie świetnym dodatkiem, ale ja nic z nich nie zrozumiałam.

Wydanie jest opatrzone pięknymi ilustracjami Alana Lee, który ilustrował też inne dzieła Tolkiena, cała książka wydana jest bardzo ładnie i solidnie, ale zabrakło mi map, a wiadomo, że w świecie Śródziemia i okolic bardzo łatwo się zgubić.
W ogóle to od teraz będę pisać mniej postów, pracuję na budowie i dojeżdżam, dlatego nie mam prawie w ogóle czasu na czytanie w tygodniu :o smutno mi.
Czytaj dalej »

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Chemia, która gładzi grzechy świata | Kongres futurologiczny, Stanisław Lem


Iljon Tichy znany jest przede wszystkim jako bohater i narrator Dzienników gwiazdowych, ale tym razem przyjechał do Costaricany na Ósmy Światowy Kongres Futurologiczny. Któż by się mógł spodziewać, że ta spokojna impreza doprowadzi w końcu do prawdziwie futurystycznej przygody? Na pewno nie Iljon, chociaż rozsądek podpowiadał, że skoro Costaricana jest targana konfliktem wewnętrznym, to grupa bądź co bądź futurologów  mogła dojść do wniosku, że prędzej czy później miejsce obrad może stać się ofiarą ataku zbrojnego.

Po ataku na hotel Tichy przenosi się do miejsca, które udowadnia, że utopia to nie jedynie wymysł marzycieli. Społeczeństwo przyszłości, w którym każdy może robić, co mu się podoba, nie ma przeludnienia, wojen, a dowolny stan umysłowy można zaserwować przez środki chemiczne to globalna codzienność. Halucynacje każdego rodzaju dostępne są w sklepie za rogiem; ponadto literatura w lizakach, do wyboru, do koloru. Lem atakuje krzykliwością niczym reklamy na billboardach, ale pod powłoką tego wszystkiego kryje się drugie, bardzo mroczne dno. Autor w tej krótkiej nowelce rozważa prawdę, którą nie zawsze warto poznać i problem życia w innym świecie, w tym przypadku narkotycznym, ale warto zamienić go na obecny w naszej rzeczywistości wymiar wirtualny - i mamy dość pesymistyczny widok. Na szczęście książka została zaopatrzona w dużą dawkę poczucia humoru, dzięki czemu jest dosyć lekka i zabawna.

Ponadto w książce świetnie została wykreowana wielopoziomowa rzeczywistość, nic nie jest oczywiste, a momentami nastrój jest tak psychodeliczny, że można powątpiewać w realność naszego świata. Jednocześnie nic się ni dłuży podczas czytania, autor buduje bardzo obrazowe opisy przy oszczędnym doborze słów - na 180 stronach dzieje się tyle, że czytelnikowi się wydaje, jakby czytał od co najmniej tygodnia. I oczywiście jak zawsze jestem pod wielkim wrażeniem stylu i lekkości języka Lema, a jaki to język! Kongres to prawdziwy pokaz słowotwórczy i to w najlepszym wydaniu. Uśmiałam się czytając o tych wszystkich śnidłach, krętynach, sakrontalach czy jajkonoszach.

Jeśli kogoś nurtuje pytanie, czy Kongres można czytać bez znajomości Dzienników gwiazdowych, spieszę z odpowiedzią - tak. Nie jest to też bardzo typowa sf, więc osobom nie przepadającym za gatunkiem też polecam. Co ja gadam - każdemu polecam Kongres, to przeinteligentna, zabawna mini-powieść!
Czytaj dalej »

środa, 21 marca 2018

Życie, którego nie było | Lawinia, Ursula K. Le Guin

Le Guin jest najbardziej znana jako twórczyni fantastyki, dlatego nie za bardzo wiedziałam, czego spodziewać się po  Lawinii, która jest jakby uzupełnieniem historii opisanej w Eneidzie Wirgiliusza. Autorka postanowiła rozwinąć postać tytułowej Lawinii, której klasyczny poeta nie poświęcił wiele uwagi, dając jej jedynie imię.

Lawinia prowadzi czytelnika przez historię swojego życia, najpierw jako córki króla Laurentum, później żony herosa Eneasza i w końcu królowej Lawinium. Nie jest postacią w stylu księżniczek - buntowniczek znanych z młodzieżowej fantastyki. Mimo młodego wieku jest bardzo dojrzała, zdaje sobie sprawę ze swoich obowiązków i powinności, dlatego towarzyszymy jej głównie podczas religijnych obrzędów, zarządzania domem i wypraw do świętego lasu, gdzie spotyka swojego stwórcę - poetę. Nawiązana między nimi relacja jest jedną z najciekawszych aspektów powieści, bardzo rzadko można spotkać postać porozumiewającą się ze swoim stwórcą, który narodził się kilka wieków później. Książka Le Guin mimo prostoty fabularnej porusza mnóstwo problemów, takich jak relacje z niestabilną psychicznie matką, religijność i pobożność, bezsensowność wojny, nutkę polityki i rolę kobiet w społeczeństwie. Charakter Lawinii jak i pozostałych postaci zmienia się i ewoluuje, a wydarzenia takie jak wojna czy tworzenie nowego państwa są jedynie tłem dla rozwoju wewnętrznego bohaterów.

Powieść nie jest zbyt odkrywcza, wszystkie te motywy były wielokrotnie powtarzane, a fabuła wzorowana na historii znanej od wieków nie dostarcza niespodziewanych zwrotów akcji. Jednak Lawinię czyta się z wielkim zainteresowaniem, jest napisana świetnym stylem i charakterystyczną dla autorki wrażliwością. Pisarka ciekawie oddała klimat Italii sprzed budowy Rzymu, wszystkie obrzędy i zwyczaje, które wprost ociekają magicznością, jednością z przyrodą i poczuciem bezpieczeństwa. Ciekawym akcentem jest posłowie, w którym autorka wyjaśnia pewne nieścisłości związane z opisem miejsca akcji i o znaczeniu Lawinii jako hołdu dla Wirgiliusza. Jestem zadowolona z lektury - otrzymałam ciepłą, spokojną powieść o cichej bohaterce, która odważyła się wziąć los w swoje ręce.

Czytaj dalej »

piątek, 16 marca 2018

Martwa kałamarnica i żywa wiara | Kraken, China Mieville

W londyńskim Muzeum Historii Naturalnej znajduje się jeden eksponat, który cieszy się nadzwyczajną popularnością - zakonserwowany okaz kałamarnicy olbrzymiej. Billy, pracujący tam kustosz a jednocześnie specjalista od mięczaków, podczas oprowadzania po muzeum dokonuje nieprawdopodobnego odkrycia - cały zbiornik wraz z kałamarnicą po prostu znika bez śladu. Dla Billy'ego to zaledwie początek niesamowitych zdarzeń, ponieważ poza specjalnym oddziałem policji zaginięciem mięczaka interesuje się też mnóstwo podejrzanych osób. Okazuje się, że zaginiony Architeuthis nie jest po prostu martwym zwierzęciem w formalinie - jest bogiem jednej z podziemnych religii, a tajemniczy złodzieje ściągnęli na świat apokalipsę.

Razem z Billym zostajemy wrzuceni bez słowa wyjaśnienia w mroczny wymiar miasta, wypełniony fantastycznymi religiami, okultyzmem i uliczną magią. Na początku można poczuć się nieźle skołowanym, bo informacji do przyswojenia jest całe mnóstwo, ale w miarę czytania wszystko staje się w miarę jasne, wszystkie zależności między frakcjami religijnymi (i innymi) rozplątują się. Zostaje wtedy wartka akcja, w miarę ciekawa fabuła i bardzo świeża, subtelna magia, która naprawdę mnie zauroczyła. Często w fantasy nudzi machanie różdżką i krzyczenie magicznych formuł, tutaj muszę pochwalić autora, bo na początku czarowanie (czy też jak to jest określane w książce - sznytowanie) jest prawie niedostrzegalne, delikatne i wprowadzane stopniowo, a pod koniec czytelnik ma wrażenie, że równie dobrze mógłby sam spróbować.

Największą wadą książki jest to, że Mieville próbuje zgrywać tajemniczego i przy podawaniu nowych informacji bardzo mało wyjaśnia, przez co główny bohater, a z nim i czytelnik biega po Londynie prawie na oślep, nikt nie raczy odpowiedzieć na pytania bohatera, natomiast wszyscy czegoś od niego oczekują. Na szczęście takie przytłoczenie nie trwa długo, ale początek jest przez to dosyć ciężki do przebrnięcia. W ogóle przez całą książkę czuje się gęstą, mroczną atmosferę wywołaną wizjami czarnomagicznego miasta i religii rodem z Lovecrafta, ale mi się podobała, zwłaszcza że kwestie właśnie tych fantastycznych (i fanatycznych) kultów zostały ciekawie przedstawione i nawet wiarygodnie, pomijając oczywiście dziwaczność bóstw. Sam Londyn równie dobrze mógłby być dowlonym innym miastem, jest dość słabo zarysowany bez żadnych charakterystycznych punktów. Mi to nie przeszkadzało, ale jeśli ktoś jest fanem tego miejsca i spodziewa się typowo "londyńskiego" klimatu to się rozczaruje.

Z bohaterami też miałam problem, bo połowa to takie szaraki bez żadnego charakteru (jak Billy), którzy istnieli chyba tylko dlatego, że ktoś musiał pchać fabułę do przodu. Ciężko było się z nimi zżyć i szczerze mówiąc miałam gdzieś ich losy, byle tylko dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi, a jak umrą przy okazji, to trudno. Część była trochę przerysowana ale interesująca, jak sypiąca wulgaryzmami Collingswoo, ale interesująca. Na uwagę zasłużyli sobie antagoniści: osobnik będący gadającym tatuażem czy psychopatyczni Goss i Subby. W zasadzie cały drugi plan był nieźle napisany i polubiłam szczególnie Watiego, demona - posążka i dociekliwą Marge.

Kraken jest dziwną książką, ale ta dziwność jakoś przyciąga, mimo trochę chaotycznej konstrukcji ciężko było mi się oderwać od czytania. Mieville jest przedstawicielem nurtu new weird, czyli literatury nie pasującej ani do fantasy, ani do sf, ani powieści grozy. Przypomina prozę Lovecrafta, gdzie mrok czai się w zakamarkach i zanim się spostrzeżemy, wciąga nas do miejsc, których istnienia byśmy się nigdy nie spodziewali.

Czytaj dalej »

sobota, 10 marca 2018

Książki sci-fi, których nie polecam na początek


Dzień dobry! Był już post o sf, które warto przeczytać, a ostatnio Katrina z Drewnianego mostu mi podrzuciła pomysł na to, żeby napisać, do jakich książek lepiej nie zaczynać przygody z tym gatunkiem. Od razu zaznaczam, że absolutnie nie są to gnioty (o takich może kiedyś też napiszę bo to śmieszne), tylko pozycje, które MNIE OSOBIŚCIE by odrzuciły od gatunku, gdybym nie wiedziała co i jak, bo na przykład są lekko przestarzałe lub napisane technicznym językiem. No i biorę tu pod uwagę pozycje, które przeczytałam, więc potwierdzone info.

Trylogia ciągu | Neuromancer - Wiliam Gibson
To bardzo dobra pozycja z nurtu cyberpunk, ale bardzo nie dobra na początek przygody z sf ze względu na nasycenie fachowym słownictwem. Mnie często nudził ten pseudonaukowy bełkot, przynajmniej na początku, a jeśli by trafiła w moje ręce powiedzmy ze 3 lata temu, to bym ją rzuciła w połowie. Ostatnio cała trylogia została wydana zbiorowo przez wydawnictwo MAG, dlatego biorę ją pod uwagę jako jedną książkę.

Bajki robotów - Stanisław Lem
Czy ktoś się spodziewał, że znajdzie się tu mój ulubiony pisarz? Ano właśnie, Bajki robotów charakteryzują się bardzo specyficznym stylem i polecam je albo troszkę starszym dzieciom, albo osobom, które pierwszą styczność z autorem mają już za sobą. Są to utwory wartościowe, ale mogą przerazić neologizmami i baśniową stylizacją. W podobnym stylu, ale bardziej dojrzałym jest Cyberiada autora, więc też na początek bym odradzała.

Perfekcyjna niedoskonałość - Jacek Dukaj
Podobnie jak u Gibsona natłok pseudonaukowego i pseudofilozoficznego bełkotu. Autor stworzył tak abstrakcyjny świat, że chyba sam nie wiedział, o co w nim chodzi, i z planowanej trylogii został ten tom :P Z Dukajem mam w ogóle kilka problemów, ale dam mu jeszcze szansę i wtedy zobaczę, czy jednak się polubimy. W każdym razie, Perfekcyjna niedoskonałość nie jest perfekcyjna dla początkujących zarówno z sci-fi, jak i samym autorem.

Pozytonowy detektyw - Isaac Asimov

Na temat tej książki napisałam oddzielny wpis i w sumie jedynym powodem, dla którego nie polecam jej na początek jest to, że się trochę zestarzała. Jeśli komuś nie przeszkadza wizja przyszłości przypominająca dziecięce wyobrażenia o latających samochodach i ruchomych chodnikach - proszę bardzo.

Ślepowidzenie - Peter Watts

Dosyć trudna, mocno zakorzeniona w nauce powieść o pierwszym kontakcie. Bardzo skomplikowana i ciekawa, ale trochę bełkotliwa i ciężka w odbiorze. Pisze o niej dlatego, że jest bardzo chwalona i wiele osób może się z tego powodu na nią skusić, ale polecam zapoznać się najpierw z innymi książkami o podobnej tematyce.

Może też macie propozycje książek, które nie nadają się dla niewtajemniczonych? Albo może nie zgadzacie się ze mną i akurat któraś z tych pozycji Wam przypadła do gustu, mimo że na co dzień nie sięgacie po sf?
Czytaj dalej »

czwartek, 8 marca 2018

Ciężkie lądowanie w kosmicznym szaleństwie | Pył Ziemi, Rafał Cichowski

Od pewnego czasu czytam coraz więcej polskiej fantastyki, zwłaszcza sf młodych twórców i w większości przekonuję się, że kondycja naszej rodzimej literatury nie stoi na tak tragicznym poziomie jak jest to uważane w niektórych kręgach. Poza tym lubię odkrywać nowych autorów, na których kolejne książki czekałabym z niecierpliwością, więc bez dłuższego namysłu sięgnęłam po książkę Cichowskiego o intrygującym tytule, ciekawej okładce i zachęcającym blurbie. 

Akcja rozgrywa się w bardzo dalekiej przyszłości, w której z kosmicznego statku Yggdrasil przylatuje na Ziemię dwójka wysłanników, Lilo i Rez. Muszą odnaleźć legendarną Bibliotekę Snów i odzyskać informacje, które mogłyby ocalić życie pasażerom statku. Okazuje się, że nie jest to wcale takie proste, bo Ziemia nie jest takim jałowym pustkowiem jak sądzili, a różnorodność jej mieszkańców rozciąga się od prymitywnych plemion, poprzez wiktoriański Londyn, aż po miasto Aurorę, wyjęte z najśmielszych futurystycznych snów. Po drodze do Biblioteki pokonują różnorodnych przeciwników, zostają uwikłani w sprawę morderstw prostytutek, a nawet przeżywają śmierć! Brzmi jak szalona, świetna przygoda? Okazuje się, że nie.

Poszczególne pomysły same w sobie są ciekawe, jednak jest ich po prostu za dużo na tak cienką książkę, wszystko jest krótkie i chaotyczne, a czasem tak nielogiczne i nierealne, że aż strach. Nie mam nic przeciwko takim absurdalnym rozwiązaniom, ale w powieściach surrealistycznych albo onirycznych, nie w fantastyce naukowej. Może w tym autor bardziej by się sprawdził? Postacie w książce są zupełnie bez wyrazu, zwłaszcza główna para - w założeniu nadludzie, genetycznie ulepszeni, nieśmiertelni, a od pierwszych stron zachowujący się jak nastolatki na szkolnej wycieczce. Narracja prowadzona jest z perspektywy Reza, Lilo występuje w zasadzie jedynie jako dekoracja/ochroniarz. Mamy też kilkoro psychopatów, na czele z Jackiem Nothingiem, który przypomina mniej ciekawą wersję Sparrowa z Piratów z Karaibów. Szkoda, bo był w nim potencjał. Świetnie za to napisany jest fragment z Biblioteką i jej "przeglądaniem".

Na korzyść powieści przemawia styl autora, książka jest napisana naprawdę pięknie, przekleństwa nie rażą i ogólnie bardzo przyjemnie czyta się wszystkie opisy i nieraz przydługie komentarze narratora. Jak też wspomniałam, wyobraźnia pana Cichowskiego jest bardzo rozbudowana, musi jednak nauczyć się ją odpowiednio dawkować (i lepiej niech nie pisze sf bo to chyba nie jego gatunek), mieszanie konwencji jest spoko, ale w granicach rozsądku. Póki co Pył Ziemi przypomina mi takiego osiołka ubranego w piękną złotą uprząż i próbującego mi wmówić, że jest rumakiem.


Książkę przeczytałam dzięki portalowi
Czytaj dalej »

poniedziałek, 5 lutego 2018

Koszmary, H. P. Lovecraft

Każdy choć trochę zaznajomiony z literaturą na pewno słyszał o Lovecrafcie - mistrzu horroru, grozy i weird fiction, ojcu fantastycznej religii Cthulhu. Mimo że nie jestem wielką fanką horrorów mam już za sobą kilka książek autora i zawsze byłam usatysfakcjonowana, zarówno pomysłami, jak i jakością wykonania. Jak więc spisują się Koszmary?

Niepozornych gabarytów tomik zawiera pięć opowiadań, jako ich współtwórczynię wskazując Hazel Heald, jednak jest ona podawana jako osoba zamawiająca utwory, nie jako faktyczna pisarka. Opowiadania różnią się tematyką: dwa z nich - Koszmar w muzeum i Z bezmiaru eonów za scenografię mają muzea i dotyczą antycznych, złowrogich eksponatów. Pozostałe historie ( Człowiek z kamienia, Skrzydlata śmierć i Koszmar na cmentarzu) traktują o nadprzyrodzonych zjawiskach zrodzonych z żądnych zemsty naukowców lub ludzi wykonujących pseudonaukowe eksperymenty. 

Lovecraft w swoich opowiadaniach ucieleśnia potrzebę ludzkości do wierzenia w nadprzyrodzone zjawiska, zabobony, mityczne cywilizacje czy kosmiczne bóstwa. Jednocześnie jego historie mają w sobie dużą dawkę realizmu, co wywołuje ciarki na plecach. Często dotyka zwykłych ludzi w małych wsiach lub miasteczkach, a początkowo wydarzenia nie mają w sobie nic nadzwyczajnego. Zło, które czai się gdzieś w pradawnych ruinach lub jest wywoływane obrzydliwymi okultystycznymi rytuałami sączy się w bohaterów, mieszając im zmysły i powodując obsesje, psychozy i strach. Dodatkowo nastrój wzmaga tajemniczość, pisarz bardzo oszczędnie podaje kolejne informacje na temat niesamowitych wydarzeń lub istot, na zasadzie bardziej sugestii czy posłyszanych gdzieś plotek.  Autor świetnie też operuje psychologią postaci, która często przeraża bardziej niż duchy i demony.

Styl opowieści jest bardzo zwięzły ale statyczny. Dialogów jest mało, większość opowiadań pisana jest w formie wspomnień lub pamiętników, a mimo to czyta się bardzo szybko, bo świetny styl i trzymająca w napięciu (mimo swojej krótkości!) fabuła nie pozwalają oderwać się od lektury. Lovecraft bardzo wnikliwie przedstawia naturę człowieka, który skłonny jest do wiary w zabobony, ale kiedy mit staje się faktem, nie potrafi się z tym pogodzić. Jednocześnie pokazuje, że nikczemność do niczego nie prowadzi, i że każdy dostanie w końcu to, na co zasługuje.

Trudno mi powiedzieć, czy jest to zbiór odpowiedni jako pierwsza lektura Lovecrafta. Na tak przemawia jego długość a opowiadania są naprawdę dobre, ale z drugiej strony to nie sztandarowe dla pisarza dzieła i lepiej chyba byłoby zacząć od czegoś bardziej znanego. Poza tym co mnie bardzo drażniło w wydaniu, to brak jakiegokolwiek wprowadzenia - moim zdaniem wydawnictwo mogło pokusić się o drobną notę o autorze i okolicznościach powstania opowiadań, zwłaszcza że były pisane na zamówienie. I tu też przydałoby się wyjaśnienie, jaki udział w pisaniu miała Hazel Heald, bo z wyjaśnień na okładce nie wiadomo, czy tylko zamawiała, dawała pomysły czy plany ramowe (chyba wszystko naraz). Mimo wszystko książkę jak najbardziej polecam! :)
Czytaj dalej »

środa, 31 stycznia 2018

Świat bez umierania | Modyfikowany węgiel, Richard Morgan


Śmierć umarła. W świecie powieści (a raczej światach, bo ludzkość opanowała wiele innych planet) ludzką osobowość można zapisać w stosie wkładanym w tył głowy, a ciała pełnią rolę powłok, a za odpowiednią cenę możemy przybrać ciało jakie tylko chcemy. Kiedy powłoka ulega zniszczeniu możemy użyć zapasowego stosu. Musimy co jakiś czas wykonywać jego update, żeby miał aktualne wspomnienia. Jak każda kopia zapasowa. 

Takeshi Kovacs, najemnik, zostaje zatrudniony przez jednego z największych ziemskich bogaczy. Bancroft dzięki swoim pieniądzom żyje już kilkaset lat, traktując zwykłych ludzi jak marionetki i dorabiając się wielu wrogów. Kiedy wszystkie ślady wskazują, ze jego poprzednia "wersja" popełniła samobójstwo nie chce w to uwierzyć, dlatego zatrudnia Kovacsa w roli prywatnego detektywa.

Mogłoby się wydawać, że taki ciekawy pomysł (chociaż nie odkrywczy, kilka dzieł sf z niego wcześniej korzystało) jak możliwość zapisu osobowości, kopiowania jej i używania przeróżnych ciał jest pretekstem do interesujących rozważań na temat istoty osobowości, człowieczeństwa, wpływu płci na postrzeganie świata itp. Nie w Modyfikowanym węglu. Niestety, autorowi ten temat posłużył jako tło dla szalonej akcji, pościgów i wybuchów. Fabuła nie jest zła, powiedziałabym że została bardzo solidnie napisana, ale spodziewałam się po książce więcej, niż poprawnej powieści spod znaku sensacja/akcja/przygodowa. Niemniej czyta się rewelacyjnie, szybko, akcja nie dłuży się i nie staje w miejscu.
kadr ze zwiastuna serialu, który Netflix zapowiada na 2018 rok
Sam Kovacs to postać, której musimy wierzyć "na słowo". To tajemniczy twardziel z przeszłością, były Emisariusz, czyli ktoś w rodzaju elitarnego żołnierza - maszyny do zabijania. Nieustannie jest czytelnikowi powtarzane, że jest mroczny, twardy, wyzuty z uczuć i inteligentny, tyle że nie ma na to potwierdzenia w jego zachowaniu czy sposobie myślenia (a książka pisana jest właśnie z jego perspektywy). Powiedziałabym raczej że uwielbia się nad sobą rozczulać, często zbiera mu się na wspominki, jego sukcesy to niewiarygodne szczęście i zbiegi okoliczności, a myślenie pozostawia najczęściej swojemu przyrodzeniu. Bardzo mnie irytowało, że najbardziej efektywnym sposobem działania Kovacsa był schemat: jest problem - seks z bohaterką - problem znika. Poza tym sceny erotyczne rodem z jakiegoś porno. Nie jestem wielką cnotką żeby się od razu zniesmaczać, ale wymęczyła mnie ta ekscytacja genitaliami.

Powieść stylizowana jest na historię w klimacie noir i muszę przyznać, ze wyszło naprawdę dobrze! W ogóle jestem pod wrażeniem świata przedstawionego, który jest przesiąknięty cybernetyką, tłoczny, ciemny i przygnębiający, a Morgan bardzo umiejętnie wplótł urywki z historii Ziemi i innych światów. Dlatego, mimo że Modyfikowany węgiel jest dla mnie solidną ,przemyślaną ale średnią książką, kiedyś zapoznam się z dalszymi przygodami Kovacksa, licząc że autor rozwinie naprawdę duży potencjał.

Czytaj dalej »

wtorek, 23 stycznia 2018

Krew zamrożona w żyłach | Terror, Dan Simmons

W 1845 roku dwa statki – Erebus i Terror – wypływają z angielskiego portu z ekspedycją mającą na celu znalezienia bezpiecznego szlaku do Azji przez Archipelag Arktyczny. Nigdy nie ukończyły swojej podróży. Ostatni raz były widziane w 1845 roku przez załogi statków wielorybniczych, a po latach wypraw ratunkowych i poszukiwawczych odnaleziono jedynie wzmianki dotyczące ich dalszych losów. Wraki Erebusa i Terroru odnaleziono dopiero w (kolejno) 2014 i 2016 roku. Na podstawie dostępnych źródeł Dan Simmons stworzył własną wersję opowieści o uwięzionych w lodzie statkach.
William Thomas Smith, They forged the last links with their lives': Sir John Franklin's men dying by their boat during the North-West Passage expedition, 1895 r.
Z kart powieści po prostu wieje chłodem, autor świetnie opisał warunki panujące w Arktyce (a przynajmniej realistycznie, w końcu tam nie byłam). Temperatury sięgające około -70 stopni Celsjusza, brak świeżego pożywienia, wszędzie tylko śnieg i lód. Kolejne lata odbierają ludziom nadzieję, temperatura nie wzrasta i nie mogą płynąć dalej. W dodatku po pewnym czasie pojawia się nowe zagrożenie - lodowy potwór przypominający niedźwiedzia polarnego, który poluje na marynarzy. Atmosfera na statku jest gęsta, klaustrofobiczna, przesiąknięta smrodem ludzkich ciał i przygnębieniem, z kolei na otwartej przestrzeni pełna lęku i samotności. W obliczu tego wszystkiego widzimy stopniową degradację morale i charakterów, a jednocześnie zwierzęcą walkę o życie. To nie jest przyjemna książka. Pokazuje powolną śmierć ludzi uwięzionych w nieludzkich  wręcz warunkach. Było mi bardzo smutno widząc jak bohaterowie, którzy przecież żyli naprawdę  i być może spotkał ich taki właśnie los – umarli z dala od swoich bliskich, na tym mroźnym pustkowiu.

Historia przedstawiona jest z kilku perspektyw, m. in. stojącego na czele ekspedycji Johna Franklina, komandora Croziera, doktora Goodsira czy zwykłych marynarzy. Dzięki tak wielu punktom widzenia książka nie dłuży się no i możemy poznać różne reakcje ludzi postawionych w skrajnych sytuacjach. Poszczególne fragmenty różnią się też sposobem narracji, czasem przypominającym dziennik pokładowy, a momentami senne wizje. Autor ma bardzo przystępny styl i książkę czyta się szybko i z przyjemnością, natomiast na początku można być trochę skołowanym przez natłok marynistycznej terminologii.

Elementy fantastyczne są wplecione z wprawą i bardzo subtelnie, na zasadzie niedopowiedzeń i nie grają tu pierwszych skrzypiec. Autor świetnie buduje napięcie co sprawia że nie można oderwać się od książki (mimo jej pokaźnych gabarytów). Mimo to jedna rzecz mi się nie podobała. Zakończenie, do którego autor wprowadza legendy Inuitów (moim zdaniem trochę na siłę) jest bardzo niedopowiedziane i nie gra z resztą książki, tak skrupulatnie napisaną. To nie przyćmiewa na szczęście odbioru lektury, która była po prostu rewelacyjna.

Wydanie jest wzbogacone o kolorowe ilustracje przedstawiające m. in. obrazy i ikonografię obu statków, portrety członków załóg czy odnalezione podczas wypraw poszukiwawczych przedmioty. Natomiast bardzo mnie denerwował brak twardej okładki, co w przypadku tak grubej książki jest po prostu niezbędne. Wielokrotnie musiałam się nagimnastykować, żeby w miarę wygodnie czytać bez otwierania za szeroko, bo mój egzemplarz się prawie złamał :( Mimo to gorąco polecam, książka naprawdę warta przeczytania!


Czytaj dalej »

piątek, 19 stycznia 2018

5 książek sci-fi, które warto przeczytać

Dzień dobry! Dzisiaj postanowiłam napisać dosyć nietypowy post dotyczący ciekawych książek sci-fi. Wiem, że jest to specyficzny gatunek i większość ludzi odstrasza zawarty w wielu książkach pseudonaukowy bełkot, ale chciałam pokazać, że fantastyka naukowa często ma bliżej do fantasy lub powieści obyczajowych niż faktycznej nauki. Wybrałam pięć książek, które są raczej znane, ale nie należą do najbardziej rozpoznawalnych dzieł tego gatunku. Poza tym uważam, że są bardzo ciekawe, pod względem wykreowanego świata lub bohaterów, i spędziłam przy nich miło czas :)

Ursula K. Le Guin - Wydziedziczeni

Jest to bardzo dobry przykład fantastyki socjologicznej. Autorka pokazuje dwa światy różniące się od siebie systemem politycznym, religijnym i moralnym i snuje rozważania nad problemami żyjących na nich ludzi. Jak to u Le Guin, akcja nie gna szalenie do przodu, jest to raczej subtelna opowieść o życiu w różnych wariantach społeczeństwa, w których możemy odnaleźć krytykę lub pochwałę dobrze znanych nam zachowań.


Stanisław Lem - Solaris

Najbardziej znana powieść Lema, którą wypada znać. Dotyczy eksploracji odległej planety i spotkania z formą życia całkowicie odmienną od jakiejkolwiek znanej człowiekowi. Odkrywanie ludzkich wad i słabości, ułomności nauki i podróż wgłąb człowieczeństwa, która pokazuje, czego tak naprawdę szukamy w kosmosie.


Brian Aldiss - Cieplarnia

Ta książka ma w zasadzie niewiele wspólnego z klasyczną science fiction - nie ma w niej cudów techniki, a człowiek nie króluje już na Ziemi. Najważniejszymi formami życia są rośliny, które ewoluowały w niesamowitych formach, natomiast ludzkość cofnęła się do karłowatych stworków, co o cudach techniki mogą pomarzyć. Bardzo, bardzo fascynujący pomysł, dosyć przygnębiający, chociaż piękny.


Orson Scott Card - Mistrz pieśni
Mistrz pieśni to historia życia Asseta - śpiewaka o przepięknym głosie trenowanego od najmłodszych lat na Słowika, czyli osobę towarzyszącą najważniejszym osobistościom i umilającą ich życie śpiewem. Jest to książka wypełniona emocjami i traktująca przede wszystkim o miłości, mimo że daleko jej do klasycznego romansu. Przedstawia całe spektrum miłości, jaką można obdarzyć innego człowieka. A okładka to ja nie wiem co ma na celu.

Cormac McCarthy - Droga
Wydaje mi się, że to dosyć znana powieść spod znaku postapokalipsy, opowiadająca historię ojca i syna przemierzających jałową ziemię. Jest bardzo mroczna i brutalna, pokazuje, jak katastrofa wydobywa z człowieka jego najgorsze cechy i prymitywne odruchy. Od razu uprzedzam, że nie jest to książka dla wrażliwego czytelnika, bo niektóre opisy mnie doprowadzały do słabości.

Mam nadzieję, że ten wpis okazał się przydatny :) Oczywiście to tylko ułamek dobrych książek sci-fi, bo to naprawdę bardzo bogaty gatunek i obok masy beznadziejnych książek jest też sporo perełek :)

Czytaj dalej »

niedziela, 14 stycznia 2018

Dziewięć kroków w nieznane | Amnezjak, Jakub Nowak

Uwielbiam czytać opowiadania. Uważam, że jest to forma, która najlepiej pokazuje zdolności pisarskie i lepiej przeczytać coś krótkiego żeby wiedzieć, czego oczekiwać po autorze, niż w połowie kilkutomowej sagi zorientować się, że wpadło się w jakieś literackie bagienko. Z drugiej strony miałam obawy przed zbiorem Jakuba Nowaka, bo czego można spodziewać się po osobie, która pisze tylko opowiadania?

Pierwsze co mi się rzuciło w oczy podczas czytania to świetny styl autora. Co prawda opowiadania zawierają sporo wulgaryzmów, ale prawie nie zwracałam na nie uwagi, bo ich stosowanie jest uzasadnione, a poza tym ogólnie Nowak posługuje się przepięknym, bardzo obrazowym językiem działającym na zmysły. Jedyne co mi przeszkadzało, to czasami dialogi były dziwnie poprowadzone, ciężko było mi się połapać, do kogo należy dana wypowiedź.
Zostajemy brutalnie wrzuceni w sam środek akcji, bez żadnych wstępów. Jednak łatwo orientujemy się w wydarzeniach i światach przedstawionych, które są tak świetnie i drobiazgowo skonstruowane, że nieważne, czy akcja rozgrywa się we współczesnym Lublinie, wirtualnym świecie czy śląskich podziemiach, mamy wrażenie, że miejsca te rzeczywiście istnieją. Często opowiadania cierpią na słabo zarysowane scenografię, natomiast z prozy Nowaka uderza szczegółowość i realność.
Opowiadania należą do gatunku szeroko rozumianej science fiction i historii alternatywnej. Jestem pełna podziwu dla wyobraźni autora, który sprawnie bawi się konwencją i motywami znanymi z fantastyki. Między innymi tworzy lubelskie The Doors, polską wersję Dicka z jego antylemowskimi poglądami, słowiańskich bogów jako sztuczne inteligencje czy wojnę z istotami z innych wymiarów. Wszystkie dziewięć opowiadań łączy motyw walki z nieznanym, bohaterowie (bardzo dobrze skonstruowani ludzie z krwi i kości) mierzą się z siłami, których nie rozumieją – owocami nauki, techniki czy własnych mrocznych umysłów. Przy okazji są to historie ciężkie, z gęstym klimatem, zdecydowanie nie do przebrnięcia w jeden wieczór. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona i polecam książkę każdemu, kto szuka dobrych, oryginalnych opowiadań.

Czytaj dalej »

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Quo vadis, robocie? | Pozytonowy detektyw, Isaac Asimov

Chyba każdy kojarzy film Ja, robot z Willem Smithem, gdzie poruszona są kwestie współżycia ludzi i rozwiniętych technicznie robotów. Został on stworzony na podstawie zbioru opowiadań Asimova pod tym samym tytułem, będącego wstępem do właściwego cyklu o robotach. Jego pierwszą częścią jest właśnie Pozytonowy detektyw.

W świecie powieści roboty są przyjaznymi humanoidami, które można wykorzystywać do różnych prac: w fabrykach, na farmach, jako pomoce domowe czy operatorów mniej skomplikowanych maszyn. Rządzą nimi trzy prawa, będące fundamentem działania ich mózgów: 1. Robot nie może skrzywdzić człowieka, ani przez zaniechania działania doprowadzić do krzywdy człowieka; 2. Robot musi być posłuszny rozkazom człowieka, jeśli nie stoi to w sprzeczności z pierwszym prawem; 3. Robot musi chronić sam siebie, jeśli nie stoi to w sprzeczności z pierwszym i drugim prawem. Mimo to obecność androidów nie jest mile widziana w ziemskim społeczeństwie, bo każdy kolejny robot oznacza, że zajął miejsce pracy należące kiedyś do człowieka. A utrata pracy w przeludnionym mieście oznacza tylko jedno: nędzę i głód.

Fabuła powieści oscyluje wokół sprawy morderstwa pewnego naukowca będącego Przestrzeńcem, czyli potomkiem Ziemian, którzy dawno temu skolonizowali inne planety. Sytuacja między Ziemianami a Przestrzeńcami jest bardzo napięta, dlatego bardzo ważne jest rozwiązanie tej zagadki. Detektyw Baley dostaje do pomocy partnera ze Światów Zaziemskich, co gorsza okazuje się, że Daneel Olivaw jest przy okazji robotem.

W zasadzie kryminalny aspekt książki nie jest bardzo skomplikowany czy szalenie zaskakujący, to raczej klasyczna sprawa z kilkoma zwrotami akcji i średnio widowiskowym finałem. Raczej jest pretekstem do rozważań na temat kondycji współczesnego bohaterom świata i próbą zastanowienia się, jak należy traktować roboty zajmujące coraz ważniejszą rolę w życiu ludzkości. Możemy myśleć, że przecież to abstrakcja, ale taki los nas czeka w przyszłości. Różne urządzenia stają się coraz bardziej skomplikowane, mogą spełniać mnóstwo funkcji a tym samym wypierać bardziej kosztowną i naznaczoną błędami pracę rąk ludzkich. Robotyka to gałąź nauki, która nieustannie się rozwija, a w Korei i Wielkiej Brytanii pracuje się już nad zbiorem praw dla robotów.

Niestety książka Asimova troszkę się zestarzała, mam tu na myśli świat przedstawiony trącący myszką. Przypomina bardziej wizje przyszłości, jakie wymyślaliśmy w szkole, typu poruszających się chodników. Oczywiście całość jest przemyślana i dojrzała, ale rozwój cywilizacyjny i techniczny poszedł w zupełnie innym kierunku niż przewidywał pisarz.

Czytałam wcześniej Ja, robot i uważam, że opowiadania były lepsze niż Pozytonowy detektyw. Co prawda książka jest dobra, a język Asimova lekki i przyjemny, ale czegoś mi zabrakło. Może zbyt prosta sprawa kryminalna, a za dużo tracenia czasu na czcze gadanie? W każdym razie warto sięgnąć po prozę pisarza, bo stworzył podwaliny dla wielu późniejszych autorów science fiction, a pytania dotyczące kwestii robotów w codziennym życiu są jak najbardziej trafne i aktualne. Z kolei odpowiedzi na nie - bardzo niepokojące.


Czytaj dalej »