Czasem tak jest, że sięga się przypadkowo po jakąś nieznaną książkę pisarza, o którym się wcześniej nie słyszało, no i jakoś tak wychodzi, że się całkowicie wsiąka w wykreowany przez niego świat, a w międzyczasie przejeżdża nas walec drogowy, tak że po przeczytaniu mało co z nas zostaje. Ja tak miałam z Dygotem.

W przypadku tej książki trudno mówić o fabule. Jest to historia rodzin Łabendowiczów i Geldów na przestrzeni trzech pokoleń. Nie są to jacyś herosi codzienności, jednostki wybitne, raczej sąsiedzi babci na wsi czy my w "gorszych momentach". Próbują jak najlepiej przeżyć swoje życie, pracują, kochają, zdradzają, boją się, uciekają, a w końcu umierają na raka albo w fotelu przed telewizorem. Chyba to właśnie przez swoją realistyczność aż tak przyciągają, że chce się za wszelką cenę znać zakończenie książki. Małecki popełnił ponadto jeszcze jeden świetny ruch umiejscawiając wszystko w przestrzeni niewielkich miejscowości.
Autor świetnie nakreślił realia prowincjonalnej pipidówki, gdzie każdy każdego zna i o wszystkim wie, gdzie ludzie troszczą się o hektary, zwierzęta hodowlane, czy krowa się ocieli, czy dzieci pójdą do szkoły. Wieś jest też świetnym gruntem do wprowadzenia elementów lekko magicznych, surrelistycznych i groteskowych, bo cóż jak nie wieś jest kolebką ludowej zabobonności? I tak przekleństwo Niemki powoduje narodziny albinosa, Cyganka przepowiada przyszłość albo rzuca uroki, stara wariatka odznacza się niewiarygodną wiedzą, koń rażony piorunem zwiastuje nieszczęście. W innym środowisku powiedzielibyśmy - zbieg okoliczności, ale w życiu bohaterów to coś w rodzaju magii.
To co mi przeszkadzało w książce to klimat wszechobecnego nieszczęścia. Ogólnie atmosfera jest ciężka i przygnębiająca, i nawet mi się podobała, ale nie ma w niej równowagi. Wszystko, co spotyka bohaterów kończy się tragicznie, ślub, narodziny dziecka, wyjście z nałogu - fajnie, ale za dwie strony dostaniecie raka i umrzecie w nędzy (trochę przekoloryzowałam, ale mniej więcej tak to wygląda). Rozumiem, ze życie nie jest wcale kolorowe, ale miło byłoby przeczytać o chociaż jednej postaci, która w końcu staje się szczęśliwa.
Czytając Dygot miałam skojarzenia z motylem albo chrabąszczem, które wyglądają ładnie i mogę się w nie wpatrywać z fascynacją, a mimo to jest w nich coś obcego i trochę obrzydliwego. Taka też jest książka Małeckiego, napisana przepięknym, poetyckim stylem, mądra, wiarygodna, obnażająca prawdę o ukrytym w ludziach okrucieństwie i pięknie codziennego życia, ale jednocześnie odrzucająca naturalizmem, pokazująca cierpienie i śmierć. Jak najbardziej polecam i jestem ogromnie ciekawa innych książek autora.

