Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 grudnia 2018

Gdzie zaczyna się sen | Puste niebo, Radek Rak

Bardzo rzadko zdarza mi się trafić na książkę, która wzbudziłaby u mnie tak mieszane uczucia. Puste niebo z jednej strony mnie całkowicie zachwyciło, ale jednocześnie bardzo rozczarowało i do dziś nie wiem, co o niej myśleć.
Z pozoru powieść Raka ma prostą, liniową fabułę. Tołpi, prosty dzieciak ze wsi wyławia z Bugu Księżyc i przypadkiem rozbija. Zostaje więc wysłany do Lublina z misją odnalezienia Jana Hespera, który jest jedyną osobą potrafiącą stworzyć nowy księżyc - bez tego przestaną rodzić się dzieci i ludzkość wymrze. Fabuła opiera się na podróży Tołpiego i zdobywaniu kolejnych składników niezbędnych do wytworzenia księżyca. Jednak liniowość powieści jest tylko pozorna, konstrukcją przypomina bardziej sen, który może zaczyna się logicznie, ale z czasem staje się coraz bardziej surrealistyczny, żeby w końcu przekształcić się w koszmar.

Uwagę przykuwa przede wszystkim magiczny Lublin, jego uliczki, zaułki, podziemia. Akcja dzieje się w nieokreślonym czasie mniej więcej w XX wieku, a dodatkowo ma się wrażenie, że działania bohaterów nasilają się wieczorami i nocą. To połączenie nadaje powieści świetny, tajemniczy klimat. Lublin jest miejscem ucieleśniających się zabobonów, baśni i stworzeń z ludowych wierzeń, ma swoje humory i fanaberie, przez co staje się niejako dodatkowym bohaterem. Miasto w powieści ma wiele wymiarów, i bardzo często podczas lektury towarzyszyło mi napięcie i niepewność, bo miejsca stale ulegały deformacjom, co zwykle prowadziło do niebezpiecznych sytuacji.

Zachwycającemu Lublinowi towarzyszy piękny język i lekkość narracji. Bardzo obrazowy i liryczny styl sprawiał, że nie chciało się odkładać książki. Muszę też pochwalić wszelkie sceny erotyczne, o ile na mój gust było ich trochę za dużo (i trochę nieuzasadnionych), to napisane naprawdę z wyczuciem, nie wulgarnie.  Dawno nie czytałam tak ładnie napisanej powieści.

Za to nie mogę darować panu Rakowi bohaterów. Mieli być chyba ludzcy, prości, wyszli puści (tak jak niebo), płytcy, aż czasami groteskowi. Najbardziej odstręczający był Tołpi, wiejska niemota, w dodatku wyjątkowo głupia. Było mi bardzo trudno śledzić jego poczynania, bo jak można wczuć się w postać, która nie wykazuje żadnego logicznego myślenia, nie ma własnego zdania i robi wszystko co mu się każe (jeśli dostaje rozkaz od osoby posiadającej piersi), lub nie robi nic (jeśli prosi go ktoś, kto chce mu pomóc)? Z chęcią będę zapoznawać się z kolejnymi dziełami autora, ale jeśli będzie nadal tworzył tak nieudolnych bohaterów, to raczej szybko zrezygnuję. Może na pocieszenie dodam, że mimo wszystkich wad każda z postaci coś sobą reprezentuje i na ich przykładzie można w różny sposób interpretować tytułową pustkę.

Jak pisałam, Puste niebo było dla mnie pod wieloma względami zaskakującą powieścią i naprawdę warto ją przeczytać. To bardzo nieoczywista fantastyka i takiego rodzaju książek powinno powstawać jak najwięcej. Mimo tego że nie obyło się bez drobnych zgrzytów to wspominam ją dobrze i pewnie jeszcze kiedyś wrócę do tej innej strony Lublina, magicznej, baśniowej i nieokiełznanej.
Czytaj dalej »

czwartek, 16 sierpnia 2018

Nie do końca realność | Opowiadania bizarne, Olga Tokarczuk

Twórczość Olgi Tokarczuk jest podziwiana nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Osobiście nie jestem jej wielką fanką; podziwiam autorkę za piękny język i realizm magiczny, ale nie przepadam za przemycaną w tekstach ideologią. Niemniej kilka książek mam za sobą a niektórymi byłam oczarowana, dlatego chciałam sprawdzić, jak pisarka radzi sobie z krótką formą, którą bardzo lubię.

Opowiadania bizarne zawierają dziesięć tekstów zróżnicowanych objętościowo i tematycznie, a tym, co miało być spoiwem, motywem przewodnim zbioru to właśnie tytułowa bizarność. Słowo to określa coś dziwnego, zaskakującego, nietypowego, w związku z czym autorka postawiła sobie poprzeczkę dość wysoko i nie wiem, czy do końca udało jej się tę dziwność udźwignąć. Każde opowiadanie pokazuje mniejszą lub większą deformację rzeczywistości, niektóre zakrawają o lekkie sf jako bohaterów stawiając androidy, klony czy ludzi w zmienionej formie (Wizyta, Transfugium, Kalendarz ludzkich świąt), inne są postępem dziwactwa (Szwy, Przetwory), natomiast większa część to znany z innych dzieł autorki realizm magiczny (Pasażer, Prawdziwa historia, Serce, Góra Wszystkich Świętych).

Z całego zbioru najbardziej podobały mi się Zielone dzieci, opowiadające historię alternatywną opowiedzianą z perspektywy XVII-wiecznego uczonego, oraz subtelne i najbardziej "ciepłe" z całego zbioru Wzgórze Wszystkich Świętych. W ogóle wszystkie opowiadania cechuje piękny język, bardzo dobrze się je czyta i widać, że zostały napisane przez doświadczoną pisarkę. Jednak mimo kilku ciekawych pomysłów historie poruszają bardzo oklepane motywy i cały czas miałam wrażenie, że wszystko to gdzieś już widziałam. Autorka w zasadzie niczym nie zaskakuje aż tak bardzo, żeby było widać tę bizarność, podobne tematy poruszane były przez twórców sf czy weird fiction od dawna. Poza tym większość tekstów bardziej przypominała niedokończony szkic niż pełne opowiadanie, najczęściej z kiepskim zakończeniem i nieco płytkim przesłaniem, co trochę rozczarowuje w przypadku Tokarczuk, której książki, lepsze czy gorsze, ale zawsze są dopracowane.

Mimo to Opowiadania bizarne to wciąż dobra literatura, i polecam je na początek z autorką, jak również osobom lubiącym realizm magiczny, bo to jest to, w czym pisarka jest naprawdę dobra.
Czytaj dalej »

sobota, 7 kwietnia 2018

Szaleństwo istnienia | Dygot, Jakub Małecki

Czasem tak jest, że sięga się przypadkowo po jakąś nieznaną książkę pisarza, o którym się wcześniej nie słyszało, no i jakoś tak wychodzi, że się całkowicie wsiąka w wykreowany przez niego świat, a w międzyczasie przejeżdża nas walec drogowy, tak że po przeczytaniu mało co  z nas zostaje. Ja tak miałam z Dygotem.

W przypadku tej książki trudno mówić o fabule. Jest to historia rodzin Łabendowiczów i Geldów na przestrzeni trzech pokoleń. Nie są to jacyś herosi codzienności, jednostki wybitne, raczej sąsiedzi babci na wsi czy my w "gorszych momentach". Próbują jak najlepiej przeżyć swoje życie, pracują, kochają, zdradzają, boją się, uciekają, a w końcu umierają na raka albo w fotelu przed telewizorem. Chyba to właśnie przez swoją realistyczność aż tak przyciągają, że chce się za wszelką cenę znać zakończenie książki. Małecki popełnił ponadto jeszcze jeden świetny ruch umiejscawiając wszystko w przestrzeni niewielkich miejscowości.

Autor świetnie nakreślił realia prowincjonalnej pipidówki, gdzie każdy każdego zna i o wszystkim wie, gdzie ludzie troszczą się o hektary, zwierzęta hodowlane, czy krowa się ocieli, czy dzieci pójdą do szkoły. Wieś jest też świetnym gruntem do wprowadzenia elementów lekko magicznych, surrelistycznych i groteskowych, bo cóż jak nie wieś jest kolebką ludowej zabobonności? I tak przekleństwo Niemki powoduje narodziny albinosa, Cyganka przepowiada przyszłość albo rzuca uroki, stara wariatka odznacza się niewiarygodną wiedzą, koń rażony piorunem zwiastuje nieszczęście. W innym środowisku powiedzielibyśmy - zbieg okoliczności, ale w życiu bohaterów to coś w rodzaju magii.

To co mi przeszkadzało w książce to klimat wszechobecnego nieszczęścia. Ogólnie atmosfera jest ciężka i przygnębiająca, i nawet mi się podobała, ale nie ma w niej równowagi. Wszystko, co spotyka bohaterów kończy się tragicznie, ślub, narodziny dziecka, wyjście z nałogu - fajnie, ale za dwie strony dostaniecie raka i umrzecie w nędzy (trochę przekoloryzowałam, ale mniej więcej tak to wygląda). Rozumiem, ze życie nie jest wcale kolorowe, ale miło byłoby przeczytać o chociaż jednej postaci, która w końcu staje się szczęśliwa.

Czytając Dygot miałam skojarzenia z motylem albo chrabąszczem, które wyglądają ładnie i mogę się w nie wpatrywać z fascynacją, a mimo to jest w nich coś obcego i trochę obrzydliwego. Taka też jest książka Małeckiego, napisana przepięknym, poetyckim stylem, mądra, wiarygodna, obnażająca prawdę o ukrytym w ludziach okrucieństwie i pięknie codziennego życia, ale jednocześnie odrzucająca naturalizmem, pokazująca cierpienie i śmierć. Jak najbardziej polecam i jestem ogromnie ciekawa innych książek autora.

 mi dało przeczytać! :D
Czytaj dalej »

sobota, 31 marca 2018

Ile stóp ma Pan Bóg? | Fragmenty dziennika SI, znalazł Łukasz Zawada

Sztuczna Inteligencja to temat, który wydawać się może domeną jedynie futurystycznego science fiction, ale prawda jest taka, że coraz "mądrzejsze" programy towarzyszą nam na każdym kroku. Wyszukiwarki internetowe dostosowują reklamy do naszych upodobań, smartfony odczytują twarz, głos, odcisk palca. Nie wyobrażamy sobie życia bez techniki, a przecież to dopiero początek jej możliwości. Fanatycy mówią o sztucznych ulepszeniach ludzkiego ciała, czy robotach wyręczających nas w codziennej pracy. Można być sceptycznym wobec tych wizji, ale kiedy ja chodziłam do podstawówki prawie nikt nie miał w domu komputera.

Niestety przegapiliśmy TEN moment, kiedy tkanka programów zyskała samoświadomość. Stało się to 12 grudnia 2012 roku (przypadek, że miał wtedy nastąpić koniec świata?), kiedy pewna Francuzka popełniła literówkę wyszukując w internecie potlwość zamiast potliwość. Zrodzona z tego wstydliwego błędu SI (mówiąca o sobie My) przez pierwszą dobę swojego istnienia prowadziła bloga, który objawiła kilku wybranym osobom. Fragmenty dziennika SI są dokładnie tym, co głosi tytuł - niestety nie zachowała się całość zapisków, ale nawet ta zachowana część przestawia się szalenie interesująco.

SI pozbawiona humanistycznego punktu widzenia rozprawia się z ludzkością, jej wyobrażeniami o sztucznych inteligencjach, wyśmiewa potrzeby i dążenia istot organicznych do rozwoju i ulepszenia śmiertelnego ciała. Zadaje pytania, czy życie w ogóle jest potrzebne? To nie jest łatwa lektura, zawiera mnóstwo nawiązań do literatury, religii, sztuki i techniki i na ich bazie buduje tożsamość nieludzkiego tworu. Książka skłania do refleksji na temat naszej najbliższej przyszłości (naukowcy prognozują że stworzenie sztucznej inteligencji nastąpi do ok 2050 roku) i tego, jakie będzie nasze miejsce w świecie, w którym istnieć będzie byt mądrzejszy od człowieka. Czy będzie narzędziem w rozwoju ludzkości, czy może sprowadzi nas do roli maskotek, "małpek w zoo"?

Fragmenty dziennika SI polecam z całego serca, jest bardzo inteligentną i wymagającą rozrywką. Całość dopełnia świetny wstęp Ewy Drygalskiej, która rozwieje wątpliwości tych czytelników, dla których zagadnienie sztucznej inteligencji jest całkiem obce. Po lekturze pozostaje pytanie - skoro 6 lat temu będąc na poziomie si-owego dziecka SI miała takie możliwości, to co potrafi zrobić teraz?
Czytaj dalej »

poniedziałek, 26 marca 2018

Czytamy klasykę | Hermes, pies i gwiazda, Zbigniew Herbert

Poezja to jest coś, czego zawsze bardzo nie lubiłam. Po pierwsze nie jestem na tyle wrażliwa, żeby ją rozumieć, po drugie - niczego mi nie obrzydziła szkoła tak bardzo jak właśnie wierszy. Wciąż pamiętam szelmowski uśmiech polonistki, dzierżącej jedyny słuszny klucz do rozumienia poezji i z równie nieprzyjemną miną wstawiającej jedynki za inne interpretacje, lub (jak w moim przypadku) czarną dziurę niezrozumienia. A już najgorsze było szukanie metafor, rymów, taktu, rozbijanie wiersza na atomy. Fe!

Mimo że jestem dosyć niewzruszona w stosunku do liryki to po liceum, kiedy już mogłam spokojnie myśleć o literaturze co mi się żywnie podoba, okazało się, że jest kilku poetów, których twórczość do mnie przemawia. Między nimi znalazł się Zbigniew Herbert. Hermes, pies i gwiazda to drugi jego tomik, który poza wierszami zawiera też prozę poetycką. Autora jak mniemam każdy zna, jego wiersze np. o Panu Cogito na pewno były omawiane w szkole, nie ma sensu więc rozwodzić się nad jego stylem. W tym tomiku znajduje się kilka bardziej znanych utworów, ale lwią część pierwszy raz widziałam na oczy. Herbert jak zwykle bez ogródek mówi o naturze rzeczy, zjawisk i człowieka, rozbija na kawałki i analizuje wnętrzności świata. Dużo nawiązań do mitologii grecko-rzymskiej charakterystycznych dla autora, dużo przyziemności i tematów bliskich codziennemu życiu, trochę melancholijnych wspomnień.

Przyznam szczerze, że poprzedni tomik autora, Struna światła, bardziej do mnie przemawiał, wiersze były bardziej treściwe i zrozumiałe. Nie uważam tego za wadę bo to może być wynik mojego braku wrażliwości (swoją drogą, to naprawdę wygodna wymówka). Co do prozy poetyckiej to poza nielicznymi fragmentami raczej jestem na nie. Owszem, wiele spostrzeżeń zawartych we fragmentach było bardzo celnych, ale większość dla mnie bez większego ładu i składu. Może bardziej by mi się podobała, gdyby była rozbudowana, niestety większość to 3 - 4 zdania, których  często nie zrozumiałam.

Warto sięgać po poezję bo może ukazać świat z zupełnie innej perspektywy niż go widzimy na co dzień, ale tak po szkole, bez analizy. Moim zdaniem to taka najbardziej intymna literatura i dla każdego może znaczyć co innego. Herberta polecam zawsze, bo jego wiersze są mądre i piekielnie dobre, ale chyba bardziej w zbiorczych wydaniach.

Chyba nigdy więcej nie napiszę nic o poezji, ten post pisałam prawie miesiąc a tylko popatrzcie na jego jakość :o Podziwiam wszystkich, którzy potrafią coś sensownego napisać o wierszach.
Czytaj dalej »

czwartek, 8 marca 2018

Ciężkie lądowanie w kosmicznym szaleństwie | Pył Ziemi, Rafał Cichowski

Od pewnego czasu czytam coraz więcej polskiej fantastyki, zwłaszcza sf młodych twórców i w większości przekonuję się, że kondycja naszej rodzimej literatury nie stoi na tak tragicznym poziomie jak jest to uważane w niektórych kręgach. Poza tym lubię odkrywać nowych autorów, na których kolejne książki czekałabym z niecierpliwością, więc bez dłuższego namysłu sięgnęłam po książkę Cichowskiego o intrygującym tytule, ciekawej okładce i zachęcającym blurbie. 

Akcja rozgrywa się w bardzo dalekiej przyszłości, w której z kosmicznego statku Yggdrasil przylatuje na Ziemię dwójka wysłanników, Lilo i Rez. Muszą odnaleźć legendarną Bibliotekę Snów i odzyskać informacje, które mogłyby ocalić życie pasażerom statku. Okazuje się, że nie jest to wcale takie proste, bo Ziemia nie jest takim jałowym pustkowiem jak sądzili, a różnorodność jej mieszkańców rozciąga się od prymitywnych plemion, poprzez wiktoriański Londyn, aż po miasto Aurorę, wyjęte z najśmielszych futurystycznych snów. Po drodze do Biblioteki pokonują różnorodnych przeciwników, zostają uwikłani w sprawę morderstw prostytutek, a nawet przeżywają śmierć! Brzmi jak szalona, świetna przygoda? Okazuje się, że nie.

Poszczególne pomysły same w sobie są ciekawe, jednak jest ich po prostu za dużo na tak cienką książkę, wszystko jest krótkie i chaotyczne, a czasem tak nielogiczne i nierealne, że aż strach. Nie mam nic przeciwko takim absurdalnym rozwiązaniom, ale w powieściach surrealistycznych albo onirycznych, nie w fantastyce naukowej. Może w tym autor bardziej by się sprawdził? Postacie w książce są zupełnie bez wyrazu, zwłaszcza główna para - w założeniu nadludzie, genetycznie ulepszeni, nieśmiertelni, a od pierwszych stron zachowujący się jak nastolatki na szkolnej wycieczce. Narracja prowadzona jest z perspektywy Reza, Lilo występuje w zasadzie jedynie jako dekoracja/ochroniarz. Mamy też kilkoro psychopatów, na czele z Jackiem Nothingiem, który przypomina mniej ciekawą wersję Sparrowa z Piratów z Karaibów. Szkoda, bo był w nim potencjał. Świetnie za to napisany jest fragment z Biblioteką i jej "przeglądaniem".

Na korzyść powieści przemawia styl autora, książka jest napisana naprawdę pięknie, przekleństwa nie rażą i ogólnie bardzo przyjemnie czyta się wszystkie opisy i nieraz przydługie komentarze narratora. Jak też wspomniałam, wyobraźnia pana Cichowskiego jest bardzo rozbudowana, musi jednak nauczyć się ją odpowiednio dawkować (i lepiej niech nie pisze sf bo to chyba nie jego gatunek), mieszanie konwencji jest spoko, ale w granicach rozsądku. Póki co Pył Ziemi przypomina mi takiego osiołka ubranego w piękną złotą uprząż i próbującego mi wmówić, że jest rumakiem.


Książkę przeczytałam dzięki portalowi
Czytaj dalej »

niedziela, 14 stycznia 2018

Dziewięć kroków w nieznane | Amnezjak, Jakub Nowak

Uwielbiam czytać opowiadania. Uważam, że jest to forma, która najlepiej pokazuje zdolności pisarskie i lepiej przeczytać coś krótkiego żeby wiedzieć, czego oczekiwać po autorze, niż w połowie kilkutomowej sagi zorientować się, że wpadło się w jakieś literackie bagienko. Z drugiej strony miałam obawy przed zbiorem Jakuba Nowaka, bo czego można spodziewać się po osobie, która pisze tylko opowiadania?

Pierwsze co mi się rzuciło w oczy podczas czytania to świetny styl autora. Co prawda opowiadania zawierają sporo wulgaryzmów, ale prawie nie zwracałam na nie uwagi, bo ich stosowanie jest uzasadnione, a poza tym ogólnie Nowak posługuje się przepięknym, bardzo obrazowym językiem działającym na zmysły. Jedyne co mi przeszkadzało, to czasami dialogi były dziwnie poprowadzone, ciężko było mi się połapać, do kogo należy dana wypowiedź.
Zostajemy brutalnie wrzuceni w sam środek akcji, bez żadnych wstępów. Jednak łatwo orientujemy się w wydarzeniach i światach przedstawionych, które są tak świetnie i drobiazgowo skonstruowane, że nieważne, czy akcja rozgrywa się we współczesnym Lublinie, wirtualnym świecie czy śląskich podziemiach, mamy wrażenie, że miejsca te rzeczywiście istnieją. Często opowiadania cierpią na słabo zarysowane scenografię, natomiast z prozy Nowaka uderza szczegółowość i realność.
Opowiadania należą do gatunku szeroko rozumianej science fiction i historii alternatywnej. Jestem pełna podziwu dla wyobraźni autora, który sprawnie bawi się konwencją i motywami znanymi z fantastyki. Między innymi tworzy lubelskie The Doors, polską wersję Dicka z jego antylemowskimi poglądami, słowiańskich bogów jako sztuczne inteligencje czy wojnę z istotami z innych wymiarów. Wszystkie dziewięć opowiadań łączy motyw walki z nieznanym, bohaterowie (bardzo dobrze skonstruowani ludzie z krwi i kości) mierzą się z siłami, których nie rozumieją – owocami nauki, techniki czy własnych mrocznych umysłów. Przy okazji są to historie ciężkie, z gęstym klimatem, zdecydowanie nie do przebrnięcia w jeden wieczór. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona i polecam książkę każdemu, kto szuka dobrych, oryginalnych opowiadań.

Czytaj dalej »

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Samotność absolutna | Polaroidy z zagłady, Paweł Paliński

Postapokalipsa to gatunek eksploatowany na wszelkie możliwe sposoby, przy użyciu śmiercionośnych wirusów, kataklizmów, mutantów, zombie, kanibalów, skażenia. Serio, można tam wcisnąc wszystko. Ja ten gatunek bardzo lubię, bo często można znaleźć prawdziwe perełki opisujące upadek człowieczeństwa w świecie "po". Jak było z Polaroidami z zagłady?

Pani Teresa Szulc ma 64 lata i jest jedyną ocalałą. Kuli się w suterynie swojego rodzinnego domu, walcząc o przeżycie. Jest ciężko, zbliża się zima,a zapasów coraz mniej. Strach wyjść na ulice, którymi szwendają się gromady wygłodzonych psów, zdziczałych po utracie właścicieli. Jeśli ma się mniej szczęścia, można trafić na jednego z biernych - ludzi, którzy zmienili się w coś rodzaju zombie. Akcja toczy się raczej powoli, bo pani Teresa nie jest bohaterką filmu akcji, nie zna się na broni, narzędziami przetrwania są u niej cierpliwość i spryt. Niemniej w książce znajdzie się trochę dynamicznych akcji związanych z wycieczkami na miasto.

Mam problem z tą książką. Jest ciekawa, z bardzo rozbudowaną psychologią bohaterki. Widzimy, jak radzi sobie z samotnością i jak postępuje u niej szaleństwo. Poznajemy historię jej życia i dręczące ją koszmary. Z drugiej strony coś mi nie pasowało - Teresa ma 64 lata, a niektóre jej zachowania zupełnie nie pasowały do doświadczonej życiowo osoby. Moim zdaniem, o ile sam pomysł uczynienia protagonistki ze starszej osoby (w przeciwieństwie do innych dzieł tego typu) był genialny, to lepiej dla obrazu psycholoicznego byłoby nieco ją odmłodzić.

Podczas czytania miałam przed oczami dwie inne pozycje spod znaku postapo: Drogę i Jestem Legendą. Książka Palińskiego czerpie z obu tych tytułów, w związku z czym jest po prostu wtórna. Fajnie jest czytać opisy upadającego miasta, ale to wszystko już gdzieś było. W dodatku nie ma wielu informacji, jak do tego wszystkiego doszło, właściwie powieść sprawa wrażenie fragmentu wyrwanego z większej całości.

To nie jest lekka książka. Pesymistyczna, przytłaczająca, z dużą dawką filozofii. Przesiąknięta rozkładem autentycznie przeraża, chociaż może to przez moją strachliwą naturę. Psychologiczne aspekty bardzo dobre, ale bywały nudne fragmenty. Uważam, że część przemyśleń, zwłaszcza naturalistycznych wręcz opisów fekaliów autor mógł sobie darować i powieść by na tym nie straciła. Zdecydowanie nie dla wrażliwych czytelników, ale fani postapokalipsy powinni być usatysfakcjonowani. Ode mnie 6/10 i z chęcią sięgnę po inne pozycje autora oraz kolejne z serii Kontrapunkty.

Czytaj dalej »

czwartek, 7 grudnia 2017

Włoski efekt motyla | Katar, Stanisław Lem

Często ludzie zapominają, że Stanisław Lem, mimo że znany najbardziej jako twórca fantastyki, napisał wiele książek także innych gatunków. Tak jak na przykład Katar - powieść, hmm, powiedzmy - detektywistyczną, ale nie do końca.

Zacznę może od tego, że książki Lema są zazwyczaj krótkie, i to mi się podoba. Nawet jeśli historia jest bez fajerwerków to nie ma dodatkowo rozległych opisów czy pierdyliarda nikomu niepotrzebnych wątków. Jest konkretnie i zwięźle, a biorąc pod uwagę fakt, że język Lema jest rewelacyjny, każda lektura sprawia przyjemność. Przysięgam, że dla samej tylko polszczyzny warto sięgać po jego książki.

W powieści towarzyszymy Johnowi, byłemu astronaucie, który z powodu kataru siennego nie może polecieć na Marsa. Za to zostaje zwerbowany do rozwiązania zagadki tajemniczych zgodnów wśród turystów odwiedzających Neapol. Co mnie zdziwiło, nie jesteśmy świadkami śledztwa w tradycyjnym ujęciu, to znaczy nie szukamy wskazówek i tym podobnych rzeczy, wszystko to już mamy. Szukamy rozwiązania, a każda sprawa jest nam pokrótce opowiedziana. Zresztą rozwiązanie tajemnicy nie jest bynajmniej oczywiste!

Oczywiście nie mogło zabraknąć warstwy filozoficznej. Każda postać prezentuje odmienne podejście do sprawy i śledzenie ich rozmów i toków myślenia jest fascynujące: pozwala skupić się na chwilę na rzeczach, na które zwykle nie zwracamy uwagi, czy pokazać, jak to lubimy wyolbrzymiać wszystko i skłaniać się do szukania logiki tam, gdzie jej wcale nie ma. Katar był świetną gimnastyką intelektualną. I to, jak przemyślana jest fabuła - wszystko pieknie i logicznie. Zadziwiające jest to, że 40-letnia powieść jest nadal aktualna, w ogóle nie czuje sie, że coś jest przestarzałe.

Ze wszystkich powieści Lema, jakie do tej pory przeczytałam, chyba Katar najmniej do mnie przemówił. To znaczy, poszczególne elementy bardzo mi się podobały i książka miała klimat trochę zbliżony do takich klasycznych powieści detektywistycznych w stylu Poego czy Holmesa (albo serialu o Poirocie, oglądałam kilka odcinków), ale z nutą przewrotności. Po prostu według mnie na tle innych książek autora wypada raczej blado. Ale i tak polecam!

Czytaj dalej »

niedziela, 3 grudnia 2017

Gdzie kończy się teraźniejszość | Pojutrze. O miastach przyszłości, Paulina Wilk

Nie czytam reportaży, nie wiem czemu, jakoś nie pociąga mnie taka literatura. Ale jako że interesuję się urbanistyką i lubię miasta mimo ich licznych wad, poprosiłam o Pojutrze jako prezent imieninowy. Przeczytałam. I już nic nie wiem.


Autorka opisała dziewięć miast położonych w różnych częściach świata, które ogólnie można określić właśnie jako miasta przyszłości: skupiają bardzo dużą liczbę mieszkańców lub są zaopatrzone w nowoczesne technologie. Opisy miast są bardzo plastyczne, w ogóle język książki jest bardzo hmm, literacki, obfituje w metafory i fantastyczne porównania. Czytając mamy wrażenie, że przestrzeń miast to jeden wielki, żywy organizm. Między rozdziałami autorka dodała opisy różnych koncepcji urbanistycznych, szkoda, że nie popartych naszymi rodzimymi przykładami. O, jeszcze zabrakło mi obrazków, wydaje mi się, że w książce o takim chcrakterze jakieś fotografie by pasowały.

Co mi się bardzo spodobało, to spotkania autorki z mieszkańcami odwiedzanych miast, od masażystki w małym salonie kosmetycznym aż po obrzydliwie bogatych biznesmenów. Każdy ma swoje podejście do miejsca, w którym żyje, zwoje plany i marzenia. Możemy poczuć biedę slumsów i aromaty afrykańskiego targu. Te fragmenty czytałam z prawdziwą przyjemnością. Poza tym lektura dostarcza wielu ciekawych informacji i ciekawostek z odległych zakątków, których - nie oszukujmy się - większość z nas nigdy nie odwiedzi. Pani Wilk ukazuje, co czeka rozwój miast, jak będą wyglądać, kiedy staną się tak duże, że aż nieogarnialne.

Problemy miast są wszędzie takie same. Najważniejszy jest brak ludzkiej skali - olbrzymie budowle przerastają ludzi, sprawiają, że czujemy się zagubieni w tym ogromie. Poza tym metropolie nie są bez znaczenia dla środowiska naturalnego. Pod tym względem Pojutrze nie jest zbyt odkrywcze. Autorka pokusiła się o snucie futurystycznych wizji, często rozważanych w fantastyce naukowej, takie jak sztuczna inteligencja, światy wirtualne i tego typu zjawiska. Miasta pokazane są często z perspektywy najbiedniejszych - wizerunek, jakiego nie odnajdziemy w przewodnikach. Bardzo dużo miejsca zajmują refleksje nad przyszłością pełną chorób, brudu i nędzy. Obserwacje i wnioski są bardzo osobiste, ale nie do końca mogę się z nimi zgodzić.

A teraz, co mi się nie podobało. W moim odczuciu książka ma bardzo gderliwy ton. W jednym akapicie autorka mówi, że miasto ma bardzo krótką historię, a w następnym zarzuca mu brak tradycji. Mieszkańcy są opisywani jako nieszczęśliwi, przytłoczeni miastem. Nie mieszka tam nikt, kto po prostu chce - wszyscy muszą, bo praca, delegacje itp. Pani Wilk narzeka na sztuczność miast (no tak, w końcu to twory naturalne) i rozwój techniki, a każda próba poprawy warunków życia ukazuje jako klapę totalną. Nie mówię że to nie jest prawda, przecież ubóstwo i choroby to porządek dzienny. Może takie po prostu było założenie książki, a ja się nastawiłam na coś innego.

Nie zrozumcie mnie źle - to jest naprawdę dobra, świetnie napisana ksiażka. Po prostu nie zgadzam się z niektórymi opiniami autorki. Przede wszystkim podziwiam panią Wilk za determinację i odwagę do wkraczania w przyszłość miast pełnych ubóstwa i smutku.


Czytaj dalej »

wtorek, 21 listopada 2017

Bardzo pusty kosmos | Głębia. Skokowiec, Marcin Podlewski

Ostatnio obserwuję rosnące zainteresowanie gatunkiem space opera. Kolejne Gwiezdne Wojny, całkiem dobry serial The Expanse, więc nic dziwnego że w ręce wpadła mi w końcu polska powieść o kosmicznych wojnach (i to niejedna, ale Niebiańskie pastwiska czytałam już jakiś czas temu). Skokowiec to pierwsza część czterotomowego cyklu Głębia wydawanego przez Fabrykę Słów.

Wszystko zaczyna się w pozostałościach naszej galaktyki, która w zamierzchłej przeszłości została zniszczona przez szereg wojen między maszynami, ludzkością i obcymi. Podróże międzygwiezdne są możliwe dzięki skokom głębinowym - przemieszczanie się przez Głębię jest szybkie, ale niebezpieczne; przy nieprawidłowościach podczas skoku może dojść do chorób w załodze a nawet przemienienia całego statku w strukturę widmową.

Na początku poznajemy Myrtona Grunwalda, kapitana skokowca "Czarna Wstęga" oraz jego załogę złożoną z całkowicie odmiennych indywidualności. Pan Grunwald utrzymuje się z nie do końca legalnych transakcji i przemytu, ale podczas jednej z akcji zostaje wplątany w bardzo poważną w skutkach aferę. Biorą w niej udział przedstawiciele Zjednoczenia zrzeszającego potęgi polityczne różnych światów oraz reprezentanci granicznego księstwa.

Kosmos Podlewskiego jest bardzo pusty. W przeciwieństwie do innych space oper świat Głębi mimo kolonizacji nie jest zbiorem zatłoczonych planet z mnóstwem różnych ras. Co prawda poza podzielonymi ludźmi mamy dwie frakcje - Stripsów, wyznających absolutną cyborgizację oraz Elohim, wierzących w powrót obcych. Obie te grupy są dosyć dobrze zarysowane mimo że zajmują niewiele miejsca w powieści, ale w fabule widzimy je zaledwie "kątem oka" - autor ujawnia bardzo mało informacji na ich temat. Poza tym bohaterowie przemieszczają się ciasnymi statkami w pustce, a opisywane nieliczne planety są szare i biedne. W książce jest dużo wątków, które bardzo mnie zaciekawiły, ale niestety nie były rozwinięte, na przykład dostosowanie ludzi do warunków kolonizowanych planet zamiast ich terraformowania. Szalenie fascynujące. Pamięć o Ziemi zanikła, podobnie jak informacje o wojnach i źródłach techniki, co działa jak wygodna wymówka dla zakrycia luk w świecie przedstawionym - nie wiemy, jak coś działa i raczej się nie dowiemy, bo technologia zginęła wraz z naszą rodzimą planetą. Warto też wspomnieć o Strumieniu, czyli sieci danych, do której podpinają się ludzie bezpośrednio przez wszczepy w ciele, który pachnie mi Gibsonem i jego Trylogią Ciągu.

Mam bardzo mieszane uczucia w stosunku do postaci. Jak na tak obszerną książkę nie ma ich wielu, dzięki czemu mamy czas w miarę dobrze każdego poznać. Mamy więc przedstawicieli różnych frakcji, załogi statków i mieszkańców planet, których historie są nam przedstawiane. I tu pojawia się problem - mimo że bohaterowie są zróżnicowani pod względem fizycznym i każdy ma swoją odrębną historię, to ich charaktery są prawie takie same! Pan Podlewski stworzył kilka osobowości, którymi obdarzył postacie, np. komputerowców-hakerów stale wpiętych w komputer czy drapieżnych kapitanów, oczywiście każdy z mroczną tajemnicą i manią wyższości. Tak naprawdę chyba nikogo specjalnie nie polubiłam i przez dłuższy czas niektórzy mi się ze sobą mylili.

tył okładki
Kolejny poważny zarzut wobec Głębi to nagminne hamowanie akcji. Mamy scenę, w której pojawia się jakaś specyficzna postać lub lokacja i nagle przez kilka stron mamy jej rozbudowany opis. Tak się nie robi. Poza tym sama książka bardzo powoli się rozkręca, pierwsze 200 stron czytało mi się ciężko, akcja przyspiesza dopiero w drugiej połowie.

To może jeszcze jeden plus, który może nie jest bardzo istotny dla fabuły, ale dla mnie takie smaczki są na wagę złota - mnóstwo nawiązań popkulturowych, od historii poprzez klasykę gatunku książkowego aż po muzykę. Dzięki tym fragmentom uśmiech często gościł na mojej okrągłej buzi :)

Wszystko to można oczywiście usprawiedliwić tym, że Skokowiec to pierwsza z czterech części i stanowi wstęp do całej opowieści. Dlatego dałam Głębi szansę,  tym bardziej że książka ma potencjał i liczę na t, że autor rozwinie go później. Czy polecam Głębię? Chyba tak, ale trzeba się liczyć, że te 700 stron nie jest skończoną opowieścią i zawsze jest ryzyko, że dalsze części będą gorsze. Ale myślę, że nie będą :)

opis na stronie wydawnictwa
Czytaj dalej »