Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zagraniczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zagraniczna. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 kwietnia 2019

Ostatni dzień | Ostatni brzeg, Nevil Shute

Australia jest jednym z niewielu miejsc na Ziemi, gdzie jeszcze istnieje życie. Całą północną półkulę zniszczyła wojna nuklearna, a radioaktywny wiatr  zmierza na południe. Nie ma nadziei na uniknięcie skażenia a jak przewidują naukowcy za kilka miesięcy na chorobę popromienną umrą ostatni ludzie. Zwierzęta co prawda wytrzymają trochę dłużej, ale w perspektywie kilku lat niemal całe życie na planecie wyginie. Pozostaje właściwie jedno pytanie - jak wykorzystać pozostały czas.
Ostatni brzeg jest nietypową powieścią z tego względu, że akcja sytuuje się zarówno przed jak i po apokalipsie. Na oczach bohaterów zginęły inne kontynenty, ale ich też spotka taki sam los. Widzimy jak różnie reagują na zbliżającą się zagładę: jedni imprezują, inni żyją tak, jak zawsze chcieli ale nie mieli odwagi, inni udają, że nic się nie dzieje. Peter ma żonę i malutką córeczkę i przygotowuje ogród na następny rok. Jest marynarzem i zostaje przydzielony na ostatni rejs do ocalałego amerykańskiego okrętu podwodnego pod dowództwem kapitana Towersa. Kapitan zostawił w USA żonę i dzieci, ale szuka odpowiednich prezentów, które wręczy im po powrocie. Moira pomaga rodzicom w gospodarstwie i jeszcze nie miała okazji wyjść za mąż czy pójść do pracy, więc stale imprezuje. Każda z tych postaci nie jest może wybitnie złożona, ale daje nową perspektywę dla nadchodzącego końca świata. Dużą rolę grają tu też ich wzajemne relacje, które zacieśniają się lub rozluźniają, ukazując ludzkie priorytety.

Muszę przyznać, że mną ta powieść wstrząsnęła. Zwykle w literaturze czy filmach tego typu jest jakaś garstka wybrańców, która przeżyła, jest jakaś nadzieja. Tutaj tego nie ma, wszyscy są równi. Nagle bardzo mało ważne staje się to, jakie masz stanowisko czy majątek, a najważniejsze opieka nad ukochanym zwierzakiem czy wygranie pierwszych w życiu zawodów. Shute pisze bardzo prosto, ale sugestywnie, co jakiś czas pozwalając wszystkim zapomnieć, że ich czas się kończy, żeby zaraz sprowadzić ich na ziemię i zapytać: po co się tak starasz skoro niedługo umrzesz?

Shute napisał Ostatni brzeg jako odpowiedź na II wojnę światową i zagrożenie nuklearne i w ówczesnych czasach na pewno robiła duże wrażenie (świadczy o tym adaptacja filmowa zaledwie 2 lata po wydaniu książki). Jednak nie wydaje mi się, żeby straciła na aktualności, może w niewielkim stopniu. Wojny toczą się dalej na całym świecie a jak wiemy z historii nie trzeba wiele żeby konflikt ogarnął pół świata. Poza tym współczesne czasy niosą inne zagrożenia dla życia na Ziemi takie jak skażenie środowiska czy przeludnienie. Nam, w przeciwieństwie do bohaterów powieści nie zostało kilka miesięcy życia bez nadziei na ocalenie, ale właśnie po to powstała ta książka: żebyśmy nie musieli nigdy stawać w obliczu tak wielkiej tragedii.
Czytaj dalej »

poniedziałek, 25 marca 2019

Dary, Ursula K. Le Guin

Każdy na pewnym etapie życia marzył i wyobrażał sobie o posiadaniu jakiejś niesamowitej mocy, jak czytanie w myślach czy teleportacja. Filmy i książki o superbohaterach pokazują, jak wspaniale byłoby mieć dar, dzięki któremu życie byłoby ciekawsze i łatwiejsze. Co jednak by się stało, gdyby posiadana przez ludzi moc była tak niebezpieczna, że pozbawiona kontroli mogła unicestwić coś lub kogoś w mgnieniu oka?

Wyżyny zamieszkiwane są przez rody, których członkowie posiadają takie właśnie moce, określane jako dary. Niektórzy potrafią przyzywać zwierzęta, inni sprowadzić chorobę lub śmierć przez wycieńczenie. W rodzie Orreca, głównego bohatera darem przechodzącym z ojca na syna jest odczynianie, w praktyce oznaczające całkowite unicestwienie dowolnego obiektu. Od siły daru zależy kruchy pokój miedzy rodami, które bardzo często walczą między sobą, kradną bydło i ziemie należące do słabszych sąsiadów. Dlatego od najmłodszych lat Orrec jest uczony korzystania z daru, w oczekiwaniu na jego przebudzenie. Jednak kiedy ta chwila następuje, oznacza dla chłopca i jego najbliższych początek bardzo smutnego, trudnego czasu. Dar Orreca jest dziki, to znaczy nie poddający się woli użytkownika i mogący ujawnić się w nieoczekiwanym momencie. Chłopiec zgadza się na zapieczętowanie oczu i dopóki jego moc się nie ustabilizuje wiedzie żywot jako ślepiec.

Nie ma w powieści Le Guin zawrotnej akcji, jeśli ktoś spodziewa się biegających po polach supermanów to się rozczaruje. Dary mówią przede wszystkim o dojrzewaniu Orreca, jego lękach i zagubieniu oraz o wsparciu rodziny i przyjaciół. Bardzo wyraźna jest rola rodziców w życiu syna, ojca pełniącego rolę mentora oraz troskliwej matki dającej całej rodzinie ciepło. Autorka przy okazji porusza tematy takie jak odpowiedzialność, poświęcenie dla dobra rodziny a na przykładzie rodziców chłopaka pokazuje szereg uprzedzeń i zawiłości społecznych oraz stosunek małych społeczności do roli mężczyzn i kobiet w domostwach.
Ważną postacią jest Gry, przyjaciółka Orreca z sąsiedniego domostwa, która posiada dar przyzywania zwierząt. Jest ostawiona trochę jako przeciwieństwo chłopaka, ponieważ potrafi świetnie korzystać z daru, jednak nie chce tego robić w sposób, jakiego się od niej oczekuje, tzn. do przyzywania zwierzyny łownej. Jej moc podobnie jak w przypadku Orreca nie przynosi dziewczynce szczęścia i musi zmagać się ona z dylematem - czy ważniejsze jest działanie zgodnie z sumieniem czy powinność wobec rodziny.

Jak zwykle powieść jest cieniutka ale naszpikowana wątkami, w tym przypadku związanymi przede wszystkim z życiem rodzinnym. Wszystko splata się bardzo subtelnie i nie ma się wrażenia, ze coś jest poruszone bez celu. Autorka zadaje pytanie o odpowiedzialność, stratę i żałobę oraz o to, ile można poświęcić dla dobra bliskich. 

Dary to pierwsza część cyklu Kroniki Zachodniego Brzegu, jednak jako samodzielna powieść sprawdza się bardzo dobrze. Została wydana kilka lat temu jako jedna książka oraz niedawno w zbiorze Wracać wciąż do domu, ale bez znaczenia, po którą sięgniecie, to ta sama wersja. A sięgnąć warto, bo to jedna z takich powieści, w której za każdym razem odkrywamy coś nowego i porusza tematy, które ostatnio w młodzieżowych pozycjach nie są bardzo popularne.
Czytaj dalej »

czwartek, 21 lutego 2019

Nie odpuszczaj, Harlan Coben

Niejednokrotnie wspominałam że chciałabym kiedyś przeczytać książkę Cobena. O ile nie jest to moja ulubiona tematyka to trochę wstyd nie znać ani jednej powieści tak znanego i cenionego pisarza. Nie odpuszczaj to jego najnowsza książka i dobrze, że pożyczona, bo trochę żałowałabym kupna.
Pomysł na fabułę jest ciekawy, ale troszkę schematyczny. Głównym bohaterem i jednocześnie narratorem jest Nap, policjant, który trafia na trop dawno zaginionej koleżanki. Okazuje się, że ona i grupka ich kolegów z klasy jest powiązana jakoś ze śmiercią brata Napa, a dodatkowo wszystko obraca się wokół  opuszczonej bazy wojskowej znajdującej się na obrzeżach miasteczka. Nap rozpoczyna śledztwo na własną rękę, podczas którego wychodzi na jaw mnóstwo mrocznych sekretów sprzed lat.

Jak widać, wszystko jest przewidywalne, ale dzięki doświadczeniu autora książkę bardzo dobrze się czyta, nie ma jakiś specjalnie dłużących się fragmentów. Fabuła poprowadzona jest w miarę logicznie i podejrzewam że nawet kompletny laik jeśli chodzi o kryminały i czytelnictwo w ogóle nie byłby w stanie zgubić się w powieści.

Bohaterowie, a zwłaszcza Nap byli niezwykle irytujący. Główny bohater to uosobienie męskości, czyli wysportowany, wygadany, dowcipny (wątpliwie), broniący sprawiedliwości (czyli wymierzający samosądy) no i w dodatku czuły i uczuciowy, bo rozmawiający z nieżyjącym bratem. W dodatku wierny, bo odkąd zaginęła jego jedyna prawdziwa miłość ( 15 lat temu), nie związał się z żadną kobietą. Przez całą książkę miota się to tu, to tam, ale na szczęście wszystko mu się udaje, bo a to ktoś mu pomoże, a to wpadnie na genialny plan, który wszystko uratuje. Wiele rozwiązań, na jakie wpada jest bardzo naiwnych i jeszcze bardziej sprawiały, że stawał się dla mnie postacią nierealną. Nie lepiej wypadają w książce kobiety, które wszystkie po kolei są piękne, odważne i waleczne, a do tego kruche i delikatne. W ogóle wszyscy w powieści mają powyżej 30 lat, a aż do samego końca miałam wrażenie, ze są nastolatkami.

O ile napisałam, że książkę czyta się szybko, o tyle Coben często rozciąga akcję elementami, które nie są do niczego potrzebne, zbędnymi dialogami, powtarzającymi się retrospekcjami. Moim ulubionym jest poświęcanie kilku akapitów na rozmowy Napa z obcymi osobami, w których namawia ich do rzucania palenia. 

Naprawdę rozczarowałam się Cobenem, który jest przecież znany jako dobry i poczytny pisarz. Być może trafiłam na jego gorszą książkę, co się każdemu autorowi zdarza, więc nie skreślam go na zawsze. Jednak nie mogę polecić Nie odpuszczaj, chyba że ktoś jest wielkim fanem Cobena i nic go nie zniechęci.
Czytaj dalej »

czwartek, 7 lutego 2019

Czy jestem osobą? | Zrodzony, Jeff VanderMeer

Bardzo lubię powieści VanderMeera, może nie są one wybitnymi arcydziełami, ale zawsze mają w sobie coś, co zapada mi na długo w pamięci. Tak też było w przypadku Zrodzonego, na którego polskie wydanie czekałam dość długo. Muszę przyznać, że spodziewałam się zupełnie czegoś innego, ale czy się rozczarowałam?

Tłem akcji jest miasto po katastrofie. Nie wiadomo, co się naprawdę wydarzyło, na pewno było to związane z Firmą tworzącą biotechnologiczne istoty. Jedną z nich jest Mord, gigantyczny niedźwiedź terroryzujący ruiny. Za każdym rogiem czeka zagrożenie, czy to ze strony firmowych produktów czy resztek ludzkości. W takim świecie żyje Rachel, poszukiwaczka żywności i przedmiotów mogących przydać się jej partnerowi Wickowi. Jednym z takich znalezisk jest tytułowy Zrodzony.

Na początku przypomina roślinę, jednak z czasem przejawia oznaki osobowości, rośnie i szybko się uczy, wykształcając z Rachel dziwną więź. Zrodzony przypomina dziecko, którego kobieta próbuje wychować, zapominając, ze nie jest człowiekiem. Z czasem staje się coraz bardziej przerażona szybkim rozwojem swojego przyjaciela, a jego nieludzkie zdolności wymykają się jej spod kontroli. Niepokój wzrasta z każdym rozdziałem, kiedy razem z Rachel przestajemy wiedzieć, co w przypadku Zrodzonego jest prawdą, a co kłamstwem, a autor dobrze buduje napięcie aż do finału powieści. Bardzo ciekawie i przerażająco została przedstawiona obcość istoty, która posiada mnóstwo cech ludzkiej osobowości, a mimo to rozumuje w całkowicie odmienny sposób.

Zrodzony jest powieścią o akceptacji, miłości, wychowaniu i o cierpieniu, które wywołują. Każda z postaci zasługuje w jakimś stopniu na współczucie i każdego możemy zrozumieć. Tytułowy bohater często zadaje pytanie "Czy jestem osobą?", ale w świecie przedstawionym niemal każdy musi na nowo szukać na nie odpowiedzi, zwłaszcza że granice między człowiekiem a potworem bardzo łatwo zatrzeć.

Książka zawiera również nowelę Dziwny ptak, która rozgrywa się w świecie Zrodzonego, jednak opowiadana jest z całkowicie innej perspektywy. Towarzyszymy Dziwnemu Ptakowi, wynalazkowi firmy, który szuka własnej tożsamości i celu istnienia, niestety otrzymuje jedynie cierpienie i smutek. Jest to bardzo ciekawa opowieść o rozwoju stworzenia i wzrastającej samoświadomości ale też o tym jak łatwo można zniszczyć coś niewinnego i pięknego i jakie to może mieć dla tej istoty konsekwencje.

Jak napisałam na początku lubię prozę VanderMeera i mogę być mało obiektywna, ale myślę że Zrodzonego mogę śmiało polecić jako ciekawą i nieszablonową historię. Nie jest może tak szalona jak cykl o Ambergis, przez co jest bardziej klarowna, a w tym przypadku działa to na korzyść powieści. Zrodzony to dobra książka na zapoznanie z autorem, bo poza nią tylko Podziemia Veniss są jednotomową opowieścią, ale dla niezaznajomionych w podobnych tematach może się okazać zbyt brutalna.
Czytaj dalej »

środa, 5 grudnia 2018

Skąd się wziąłeś, wszechświecie? | Krótka historia czasu, Stephen Hawking

Odnoszę wrażenie, że im bardziej rozwija się technika i nauka, tym mniej wiemy o otaczającym nas świecie, pojawiają się kolejne niewiadome i chyba nigdy ludzkości nie uda się zrozumieć zasad rządzących wszechświatem. Tak samo miałam podczas czytania Krótkiej historii czasu - im więcej informacji przeczytałam, tym bardziej głupiałam.
Od dawna chciałam przeczytać książkę Hawkinga, który niewątpliwie był jednym z największych umysłów naszych czasów, ale bałam się, że będzie da mnie za trudna. I była trudna, chociaż to całkowicie subiektywne odczucie, jestem noga z fizyki więc czasem ciężko było mi zrozumieć pewne kwestie. Książka nie jest stricte naukowa, nie ma w niej żadnych wzorów i równań, w dodatku napisana jest przejrzyście i z dużą dawką humoru. Niemniej podejmowane przez autora tematy same w sobie są skomplikowane i trudno je przedstawić w zrozumiały dla zwykłego zjadacza chleba sposób.

Książka podzielona jest na kilkanaście rozdziałów, które przybliżają nam tematykę tytułowego czasu, domniemanych początków wszechświata, zależności czasu od innych sił fizycznych czy czarnych dziur i możliwości dalszego rozwoju kosmosu. Autor pokazuje różne punkty widzenia i teorie naukowe, wplata mnóstwo ciekawostek i anegdot ze świata nauki, dzięki czemu nie mamy wrażenia, że czytamy jakiś nudny podręcznik. Porusza też kwestię możliwości istnienia Boga na etapie tworzenia wszechświata. Jest nawet trochę rysunków i schematów, ale czasem musiałam się nieźle nagłówkować, żeby je zrozumieć. Trzeba jednak pamiętać że oryginalne wydanie pochodzi z 1988 roku i od tego czasu dużo się zmieniło; uaktualnienie książki zawarte jest w Jeszcze krótszej historii czasu.

Krótka historia czasu jest dobrą propozycją dla ludzi chcących poszerzyć swoją wiedzę, ale wymaga maksymalnego skupienia i nie nadaje się do szybkiego przeczytania dla relaksu. Dobrze, jeśli czytelnik ma jakąś wiedzę na tematy poruszane w książce i dużo wyobraźni, w przeciwnym wypadku lektura będzie co najmniej frustrująca.
Czytaj dalej »

sobota, 1 września 2018

Czytamy klasykę | Północ i Południe, Elisabeth Gaskell

Może na to nie wyglądam, ale bardzo lubię od czasu do czasu poczytać klasykę angielskiego romansu w stylu Austen czy sióstr Bronte. O Elizabeth Gaskell wcześniej nie słyszałam, jednak pierwsze spotkanie z jej twórczością uważam za bardzo udane.
Główną bohaterką jest dorastająca Margaret, która dotychczasowe życie spędzała głównie u krewnych w Londynie, jednak kiedy jej kuzynka wychodzi za mąż i wyjeżdża, dziewczyna wraca do rodzinnego domu. Jej rodzice żyją w niewielkiej miejscowości gdzie ojciec pełni funkcję pastora. Niestety, w wyniku moralnych dylematów i kryzysu wiary zmuszony zostaje do zrezygnowania z tej posady, a rodzina Hale'ów przenosi się na północ, do zadymionego przemysłowego miasta - Milton. 

Takie zderzenie dwóch światów, rolniczego, spokojnego Południa i zakopconej Północy owocuje bardzo ciekawymi spostrzeżeniami na temat rewolucji przemysłowej. Przede wszystkim Gaskell, w odróżnieniu od autorek piszących w podobnym stylu wprowadza do powieści klasę robotniczą, wraz z jej blaskami i cieniami. Ukazuje niezrozumienie panujące miedzy pracownikami a pracodawcami, zmuszanie dzieci do pracy, choroby, na jakie cierpią ludzie pracujący w fabrykach. Poza zagrożeniami wynikającymi z rozwoju przemysłu autorka bardzo ciekawie ukazuje relacje różnych klas i środowisk,a zamknięty światek angielskiej arystokracji znany chociażby z prozy Austen zostaje tutaj rozszerzony. Poza wydźwiękiem społecznym Północ i Południe to piękna opowieść o przyjaźni, która wyróżnia się na tle wszystkich pozostałych relacji między bohaterami. Mamy przyjaźń między Margaret a robotnikiem Higginsem i jego córką Bessy, panią Hale i jej służącą Dixon czy burzliwą znajomością Higginsa i  przemysłowca Thorntona. 

Sami bohaterowie, zwłaszcza drugoplanowi zostali świetnie nakreśleni, mają swoje wady i zalety i bardzo szybko zyskują sympatię czytelnika. Główna postać, Margaret, również daje się lubić, ale moim zdaniem jest trochę zbyt nieskazitelna, dobra i piękna, spotyka ją wiele (aż za dużo!) nieszczęść, a wszystkie błędy, które popełnia w gruncie rzeczy wynikają z jej zalet a nie przywar. Mam też kilka wątpliwości co do wprowadzonego wątku romantycznego, który na szczęście nie dominuje w powieści, bo o ile ze strony Thorntona wypada naprawdę naturalnie, to z perspektywy Margaret  niektóre momenty były dla mnie niezrozumiałe.

Wydanie Świata Książki, które posiadam, prezentuje się naprawdę ślicznie, ale wewnątrz nie jest już tak kolorowo, zdarzają się literówki a bardzo często przy zamieszczonych listach tylko część tekstu jest napisana kursywą. Nie przeszkadza to w czytaniu, ale trochę nieładnie wygląda. I polecam twardą okładkę - mam kilka innych książek z tej serii i miękka bardzo często się brzydko zagina. 

Północ i Południe naprawdę mnie zaskoczyła, głównie przez rozbudowanie tła powieści i wspomnianą wcześniej problematykę rewolucji przemysłowej i moim zdaniem jest to duży plus. Jeśli ktoś lubi klasykę kobiecej literatury angielskiej a znudziły mu się bardzo podobne do siebie powieści o balach i przyjęciach, to ta książka może być świetnym urozmaiceniem :)

Ehh! Pierwszy raz nie wyrobiłam się w czasie z postem :( Ale książkę przeczytałam w sierpniu, więc i tak jest dobrze!
Czytaj dalej »

wtorek, 7 sierpnia 2018

Na zielono | Jak nie zabić swoich roślin, Nik Southern

Wiadomo że rośliny w domu to piękny dodatek do wystroju, poza tym poprawiają mikroklimat i wpływają dobrze na samopoczucie. Niestety wiele osób z nich rezygnuje, bo rośliny bywają kapryśne i albo boimy się, że nie damy sobie z nimi rady, albo też każdy okaz ląduje zwiędnięty w śmietniku. Może ogrodnikowi nie wypada się przyznać, ale ja też nieraz załatwiłam paprotkę a nawet kaktusa. Jeśli też należycie do grona zabójców roślin doniczkowych, ta książka może wam się przydać.

 Autorka prowadzi kwiaciarnię Grace & Thorn, więc jej książka oparta jest na latach jej doświadczeń, a jak sama dodaje, wcześniej wcale nie miała ręki do roślin. Poradnik podzielony jest na kilka rozdziałów. Najobszerniejszy traktuje o pochodzeniu roślin, i jak to wpływa na ich życie w domach. Jest to bardzo ważne, bo jak wiadomo, rośliny pochodzące z wilgotnych lasów będą potrzebowały innych warunków niż pustynne sukulenty. Autorka proponuje, jakie pomieszczenia nadają się dla jakich gatunków  i moim zdaniem to świetne i bardzo pomocne. Oczywiście dosyć dużo popularnych gatunków jest dokładnie opisanych  ale to nie wszystko - w książce znajdują się też rozdziały o doborze doniczek, szpitalu dla roślin w ciężkim stanie, układaniu kwiatowych bukietów czy wywiady z osobami, dla których rośliny są bardzo ważne. Jak nie zabić swoich roślin to bardzo praktyczny poradnik i dla mnie najbardziej przydatne były wskazówki co do podlewania, jako że jestem nadopiekuńcza i często przelewam rośliny.

Nie mogę nie wspomnieć o ślicznym wydaniu i całej masie zdjęć zawartych w książce. Są bardzo inspirujące i klimatyczne i mogą stanowić małą ściągawkę dla osób, które nie wiedzą jak zaaranżować swoich podopiecznych. Poza tym wszystko jest napisane dosyć rzeczowo i przyjemnie, chociaż jak na mój gust trochę zbyt poufale. Lubię kiedy autor jest "wyluzowany", ale czytanie co rozdział o piciu Krwawej Mary przy podlewaniu było trochę nużące i mało profesjonalne. Warto też zauważyć że w Wielkiej Brytanii popularne są nieco inne gatunki niż u nas, dlatego nie przeczytamy o np. skrzydłokwiatach, sansewierii czy prezentowych pewniakach - storczykach. Natomiast sporo jest ciekawych roślin, o których nawet nie słyszałam i teraz bardzo chcę je mieć :)

Słowem podsumowania uważam, że Jak nie zabić swoich roślin to bardzo dobra pozycja dla osób początkujących z uprawą roślin doniczkowych, a i doświadczeni ogrodnicy znajdą w niej coś dla siebie.
Czytaj dalej »

poniedziałek, 30 lipca 2018

Czytamy klasykę | Życie Pi, Yann Martel

Film Życie Pi wydał mi się trochę dziwny, ale jednocześnie fascynujący i piękny, głównie wizualnie :) Dlatego sięgając po książkę byłam pełna optymizmu i nastawiona na kolorową, morską przygodę ze zwierzakami w tle.

Piscine Patel, znany jako Pi, jest zwyczajnym hinduskim chłopcem. Jego rodzice są właścicielami ogrodu zoologicznego, dzięki czemu od najmłodszych lat bohater poznaje zwyczaje zwierząt i relacji między nimi a ludźmi. Jenak pogarszająca się sytuacja gospodarcza w Indiach zmusza rodzinę Patelów do sprzedania zwierzaków i przeprowadzki do Kanady. Podczas rejsu na Pacyfiku dochodzi do tragedii - statek tonie, a jedynymi ocalałymi na szalupie ratunkowej są Pi, tygrys, hiena, zebra i orangutan.

Próby przetrwania podejmowane przez chłopca nie mają nic wspólnego z bajkowym rejsem po oceanie. Pi nieraz doświadcza okrucieństwa przyrody, głodu, pragnienia, osamotnienia i lęku. Mimo że pozornie jest to powieść przygodowa to w zasadzie nie ma zbyt wartkiej akcji, a większą część książki zajmują opisy i przemyślenia bohatera. Trzonem Życia Pi i tego, co czyni tę powieść niezwykłą są rozmyślania na temat relacji przyrody i człowieka oraz szeroko pojętej religijności. Autor umiejętnie wplata rozmaite ciekawostki i anegdoty o życiu zwierząt i świetnie pokazuje, że tak naprawdę niczego nie da się do końca oswoić. Richard Parker - tygrys i "towarzysz" Pi mimo starań bohatera nie staje się udomowionym kociakiem, do samego końca kieruje się tylko instynktem i ma w głębokim poważaniu jakiekolwiek sentymenty. Poza tym książka udowadnia starą jak świat prawdę, że najniebezpieczniejszym zwierzęciem jest jednak człowiek.

Już na początku książki dowiadujemy się o nieprzeciętnym uduchowieniu Pi (jak na chłopca w jego wieku). Jest on bowiem praktykującym hindusem, chrześcijaninem (prawdopodobnie katolikiem) i muzułmaninem. Z tego faktu wynika kilka zabawnych sytuacji ale szczególnie ważny staje się podczas długich dni spędzonych na oceanie, gdzie jedyne co mu zostaje, to modlitwa. Pi dostrzega Boga wszędzie i jest to pięknie pokazane na przykład przy opisach przyrody, ale nie przemawia do mnie wrzucanie wszystkich religii do jednego worka i trochę nachalne wtrącanie jakoby historia chłopca miała przekonać do wiary w Boga. Mimo wszystko nawet jeśli ktoś nie jest fanem religii to książka zawiera kilka ciekawych przemyśleń.

Powieść czyta się świetnie za sprawą fenomenalnego stylu autora. Martel lekko operuje piórem i nic nie dłuży się nawet przez moment. Śmiało mogę powiedzieć, że język to jedna z największych zalet książki. Poza tym bardzo ciekawe było przedstawienie całej opowieści w taki sposób, jakby była oparta na faktach. Sama sprawdzałam, czy historia Pi wydarzyła się naprawdę :)

Jedyne, do czego mam zastrzeżenia (pomijając dziecinne podejście do religii), to zakończenie, a konkretniej - zbytnie skomplikowanie. Po poznaniu losów bohatera dowiadujemy się, że jest jeszcze inna wersja historii, a czytelnik musi sam wybrać, która bardziej mu się podobała/ w którą chce uwierzyć, z tajemniczym "podobnie jest z Bogiem". Moim zdaniem obie były tak samo okrutne i smutne i szczerze mówiąc, nie wiem, którą wybrać.
Czytaj dalej »

sobota, 30 czerwca 2018

Czytamy klasykę | Przełęcz. Osada, Kir Bułyczow

Kiedy byłam młodsza bardzo fascynowała mnie historia Robinsona Cruzoe i podobne opowieści o rozbitkach, którzy muszą walczyć o przetwanie i urządzić się w obcych warunkach. Zawsze zastanawiałam się, jak bohaterowie radzą sobie bez przedmiotów codziennego użytku, co myślą czekając na ratunek. Przełęcz i Osada są takimi historiami, ale w kosmicznej skali - bohaterowie muszą nauczyć się życia na zupełnie obcej, nieprzyjaznej planecie.

Statek kosmiczny "Polus" rozbija się w górach nieznanej planety. Ci, którym udało się przeżyć uciekają w cieplejsze doliny i zakładają niewielką osadę. 20 lat później młode pokolenie nie ma zielonego pojęcia, czym jest Ziemia, przypominają coraz bardziej dzikie zwierzęta niż ludzi. "Polus" jest nieosiągalnym wspomnieniem o nieznanym domu, a kolejne wyprawy mające do niego dotrzeć wracają (lub nie) z pustymi rękami. Tym razem jednak osadnicy stawiają na młodych - Olega, Dicka i Mariannę, którzy mają za zadanie dostać się do przełęczy.

Świat w powieści nie jest wcale kolorowy ani przyjemny. Większość planety porasta las, wiecznie zachmurzony i ociekający deszczem. Każda roślina czy zwierzę to niebezpieczne stworzenie, z którym nieuzbrojony człowiek nie ma żadnych szans. Książka świetnie pokazuje ogromny trud, jaki pierwsi osadnicy musieli włożyć w jako takie przygotowania miejsca do życia i jak ciężko im znosić nieprzyjazne warunki na obcej ziemi. Pokazuje też, jak kolejne pokolenia coraz lepiej dostosowują się do środowiska, czemu towarzyszy powolna dewolucja. Mimo że wszyscy wierzą na ratunek z Ziemi to pojawiają się wątpliwości, czy po tym wszystkim jest sens wracać? Czy dzieci, które już zżyły się z lasem będą w stanie normalnie funkcjonować w cywilizacji? Czy warto uczyć nowe pokolenia o tym, czym jest Ziemia? Co jest ważniejsze - przetrwanie za wszelką cenę czy zachowanie tożsamości?

Powieść Bułyczowa w skrajny sposób pokazuje, jak wiele człowiek zawdzięcza osiągnięciom techniki i naszym przodkom. Bez narzędzi zastraszająco szybko stalibyśmy się podobni do człowieka pierwotnego, który ma problem z rozpaleniem ognia. Bohaterowie powoli i na własną rękę dochodzą do najprostszych wynalazków - jak powiedział jeden z nich, wielkim sukcesem było wystruganie pierwszej łyżki. Z drugiej strony widzimy też, jak szybko człowiek dostosowuje się do zmian.

Bohaterowie powieści są całkiem prości i wydaje się, że stworzeni do reprezentowania jakiejś postawy. Dobrym przykładem jest konflikt Olega i Dicka. Pierwszy z nich wierzy w ratunek, jest uzdolniony technicznie, a jego największą siłą jest umysł, podczas gdy drugiemu dobrze na tej niebezpiecznej planecie, bo jest myśliwym i walka z nią stanowi dla niego wyzwanie. Jednak to, że bohaterowie nie są skomplikowani nie znaczy, że nie można ich lubić, każdy ma swoje motywy i zdanie, i nie zdarzają się postaci, które nagle zmieniałyby charakter o 180*.

Mimo że Przełęcz i Osada mają już parę lat, to wciąż kawał solidnej literatury, która ani trochę się nie zestarzała. Proza Bułyczowa przypomina trochę Cieplarnię Aldissa i widać, że była silną inspiracją dla Ciemnego Edenu Becketta. To jest takie sf, które nie jest wcale trudne czy bardzo techniczne, ale nastawione bardziej na zagadnienia socjalne, i przez to uniwersalne. Zapomniałam wspomnieć - Osada jest kontynuacją Przełęczy, dlatego traktowałam obie jako całość :) Jedyne co zarzucam książce, to błędy w wydaniu, mnóstwo literówek, interpunkcja leży a czasem nie wiadomo skąd w środku zdania pojawiają się jakieś dziwne znaki. W dzisiejszych czasach tak nie powinno wydawać się książek, zwłaszcza tak dobrych.

Czytaj dalej »

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Tam, gdzie miarą człowieka jest okrucieństwo | Krwawy południk, Cormac McCarthy

Typowy bohater westernów jest szlachetnym dżentelmenem, który dzielnie walczy z Indianami i bandytami rabującymi podróżnych, pojedynkuje się tylko w samo południe, a po skończonej przygodzie odjeżdża w stronę zachodzącego słońca. w Krwawym południku takie postacie giną, nim wypowiedzą choćby zdanie, a w powieści króluje okrucieństwo, brud i mrok.

Dzieciak w wieku 14 lat ucieka od ojca i zaczyna szukać innego, lepszego życia. Zabijanie ma we krwi, a jego droga wiedzie przez wojsko, więzienie, ucieczki i mordowanie aż do zbieraniny najemników, wśród których znajdują się m. in. eks - ksiądz, sędzia, murzyn i były wojskowy. Ich przygody nie pozostawiają nadziei na to, że gdziekolwiek istnieje dobro. Gwałty, kłamstwa, oszustwa i zabijanie to ich chleb powszedni, do tego stopnia, że mordują wszystko, co się rusza. Książka McCarthy'ego  nie niesie pocieszenia - to podróż w zakamarki człowieczej natury, o których wolelibyśmy nie wiedzieć. Autor nie próbuje oceniać swoich bohaterów, jego powieść pozbawiona jest morału, natomiast szczegółowo analizuje anatomię zła.

Bohaterowie są surowi, tak jak surowe są pustynne przestrzenie Meksyku i Teksasu. Nie znamy ich myśli i psychiki, o ich charakterach świadczą jedynie czyny. Autor pokazał ludzi bez żadnych hamulców, którzy robią to, na co mają tylko ochotę i w jaki sposób przebiega ich degradacja moralna. Najbardziej istotną wydaje się postać sędziego, istnego demona w stylu adwokata diabła, który dopuszcza się najgorszych czynów, nie ponosząc za nie odpowiedzialności, przerzucając winę na kogoś innego i wygłaszając przy okazji filozoficzne kazania. Pozostali bohaterowie właściwie zlewają się w jedno, tym bardziej że przewija się ich naprawdę sporo przy dość krótkiej żywotności. Ciekawostką jest warstwa historyczna powieści - banda najemników z Glantonem i sędzią Holdenem mieli swoje rzeczywiste odpowiedniki, a autor osobiście odwiedził opisywane w książce miejsca.

McCarthy świetnie operuje słowem, chociaż opisów jest całkiem sporo to nie dłużą się, a są bardzo sugestywne. Największe wrażenie zrobiły na mnie (poza oczywiście opisami rzezi i tortur) opisy pustyni, które bardzo oddziaływały na wyobraźnię. Podobnie obrazowo i lirycznie opisane są wszelakie okrucieństwa, dlatego osoby o słabszych nerwach powinny poważnie przemyśleć lekturę. Mimo że powieść czyta się szybko w żadnym wypadku nie jest prosta w odbiorze. Symbolizm wprost wycieka z kart książki, pełno w niej nawiązań religijnych, biblijnych i filozoficznych. Niemniej uważam, że warto przeczytać Krwawy południk, to jest jedna z tych książek, które na długo zapadają w pamięci i o której myśli się przez długi czas po przeczytaniu.

Dwie rzeczy mi trochę przeszkadzały w lekturze. Po pierwsze, brak interpunkcyjnego oznaczania dialogów, czasem trudno było się połapać co kto mówi, ale z tego co wiem to cecha charakterystyczna autora. Po drugie, bardzo często pojawiające się hiszpańskie dialogi, których nie rozumiałam, tłumaczenia tez nigdzie nie było, a treści nie umiałam wywnioskować z kontekstu.

Czytaj dalej »

środa, 30 maja 2018

Czytamy klasykę: Zew krwi, Jack London

Witam w nowym wpisie na moim ledwo żywym, żałosnym blogasku xd W ramach wyzwania z klasyką pokusiłam się o książkę autora znanego najbardziej z Białego kła i Martina Edena. Tym razem mój wybór padł na Zew krwi, którą upolowałam kiedyś w ślicznym wydaniu w Biedronce :)

Ta dosyć krótka książka opowiada o losach psa Bucka, którego spokojne, dostatnie życie zmienia się z chwilą, kiedy zostaje porwany i sprzedany jako pies zaprzęgowy. Trafia do świata, gdzie przetrwać mogą jedynie najsilniejsi, nieraz doświadcza okrucieństwa zarówno ze strony ludzi jak i innych psów. Całość jest przedstawiona z perspektywy psa, co pozwoliło autorowi na przemycenie wielu cennych spostrzeżeń dotyczących wzajemnych relacji człowieka, zwierzęcia i dzikiej przyrody.

Mimo że książka Londona jest przeznaczona dla młodszego czytelnika nie jest wcale cukierkowa czy bajkowa. Autor opisuje surowe warunki życia na Alasce, ciężki mróz, brak pożywienia i nieustanną, mozolną pracę. Przedmiotem książki nie jest często spotykana w podobnych dziełach przyjaźń człowieka i psa, dzięki której pokonują przeciwności. Powieść bez ogródek pokazuje, że w kryzysowej sytuacji liczy się wytrwałość i siła, że na szacunek i zaufanie trzeba sobie zasłużyć, i że w prawdziwym świecie nie zawsze nasza praca jest nagradzana. Jednak mimo wszystko Buck nie żałował utraty sielskiego, domowego życia, ponieważ w dzikości otaczającego go świata usłyszał coś bardzo ważnego: zew krwi.

Bardzo ciekawym motywem jest przebudzenie pierwotnych instynktów psa, począwszy od sennych wizji aż po samotne polowania w dziczy. Książka idealnie pokazuje, że nie ważne jak bardzo oswoiliśmy przyrodę, zwierzę zawsze będzie zwierzęciem, które kieruje się zmysłami niedostępnymi dla nas. W ogóle książka jest przepełniona taką bliskością natury, autor świetnie zbudował klimat dzikich miejsc, w których człowiek jest tylko mało znaczącym dodatkiem.

Jedynym, co mi przeszkadzało podczas lektury był dosyć dziecinny język. Rozumiem, że jest to książka dla starszych dzieci/młodzieży, ale nie do końca grało mi to z brutalną treścią. Nie wiem na ile to wina tłumaczenia ale powieść mogłaby sporo zyskać gdyby styl był bardziej dojrzały. Jak wspomniałam Zew krwi jest krótki, zaledwie 140-stronicowy, przez co niektóre wątki są słabo rozwinięte, jednak nie działa to na niekorzyść powieści, uwydatnia natomiast jej przesłanie - aby przetrwać trzeba bardzo szybko dostosowywać się do zmian.

Wydanie, które posiadam jest wzbogacone o ilustracje Oliviera Desvauxa i moim zdaniem są strzałem w dziesiątkę, idealnie wpasowują się treść, są proste a zarazem klimatyczne. Książkę polecam nie tylko fanom psów i powieści przygodowych. Jest wartościową pozycją, która pokazuje, czym tak naprawdę jest życie pośród dzikiej przyrody i świata rządzącego się surowymi zasadami, a w obecnych czasach taką wiedzę coraz trudniej zdobyć.
Czytaj dalej »

czwartek, 10 maja 2018

Apostoł szalonego boga | Valis, Philip K. Dick

Konioluba Grubasa spotkała dziwna przygoda. Najpierw popełniła samobójstwo jego przyjaciółka, później on sam próbował. Brał trochę narkotyków a po nieudanej próbie samobójczej trafił do psychiatryka. A wszystko dlatego, że zobaczył Boga w wiązce różowego światła.
Philip K. Dick jest znany jako genialny i jednocześnie szalony twórca science fiction, narkoman i alkoholik; trudno powiedzieć czy jego pisarstwo to przejaw uzdolnień czy narkotycznych wizji. Valis jest jedną z najbardziej niesamowitych i dziwnych powieści autora, a jednocześnie najbardziej osobistą - w 1974 roku doświadczył wizji, które zmieniły jego światopogląd i religijność. Próbując wyjaśnić owe dziwne zjawiska zagłębiał się w judaizm, odłamy chrześcijaństwa i gnostycyzm, a swoje spostrzeżenia ujął w Egzegezie, swoistym dzienniku (no i naturalnie w Valisie).

Mimo że to książka z elementami autobiograficznymi nie jest napisana tylko dla zatwardziałych fanów Dicka. Dzięki zastosowaniu trzecioosobowej narracji autor zdystansował się do Konioluba, swojego alter ego, a wszystkie informacje o życiu bohatera poznajemy z opowieści znajomych (głównie Phila, który również jest w pewnym sensie wcieleniem autora) i rozmów innych postaci. Oś fabularną stanowi poszukiwanie wyjaśnienia dziwnych wizji Grubasa, które prowadzą go przez szpital psychiatryczny, terapeutów i różne strony świata, aż do odkrycia Valisa - Rozległego Żywego Systemu Informatycznego, który może mieć niebagatelny wpływ na losy świata.

Z drugiej strony Valis jest powieścią niesamowicie wymagającą i trudną, poruszającą kwestie religii, zbawienia, przeznaczenia i celowości życia. Autor posługuje się terminologią religijną, która nieraz zmuszała mnie do szukania znaczenia wyrazów (a nie jestem jakimś wielkim nieukiem), a długie monologi, wręcz potoki słów wymagały skupienia i robiły psychodeliczne wrażenie. Czytelnicy Dicka wiedzą, że religia była lubianym przez niego motywem, ale w żadnej czytanej przeze mnie wcześniej książce nie rozwodził się nad nią tak bardzo, jak tutaj; cała powieść ma wręcz mistyczny charakter.

Przy tym wszystkim powieść czyta się bardzo dobrze, widać, że jest to książka napisana przez dojrzałego pisarza i mimo że stwarza pozory szaleństwa, to taka właśnie miała  być. Język i styl stoi na wysokim poziomie, narracja poprowadzona jest świetnie i bardzo płynnie zmieniana. Trudno napisać cokolwiek o bohaterach, poza Grubasem wszyscy są zarysowani całkiem dobrze, ale bardziej na zasadzie pewnego schematu czy figury niż ludzi z krwi i kości; myślę, że jest to uzasadnione stanem psychiki Grubasa, która oddziałuje na wszystko, co się dzieje i istnieje w powieści (co jest raczej normalne w przypadku autobiograficznego poszukiwania siebie).

Proza Dicka mimo że zaliczana do science fiction raczej wymyka się z ram tego gatunku, a Valis jest najdziwniejszą z nich. Jak napisałam, wymaga skupienia i czasu, żeby ja "przetrawić", ale zdecydowanie zapada w pamięć. Na pewno spodoba się osobom, które cenią sobie ciekawy pomysł i rozmyślania na tematy duchowe i teologiczne oraz zainteresowanych tym, co się dzieje w głowie osoby psychicznie niestabilnej. Valis jest pierwszym tomem Trylogii Valisa, ale spokojnie można traktować ją jako zamkniętą całość, gdyż jak słyszałam, z cześcią drugą -  Bożą Inwazją łączy ją tylko ideologia. 

I jeszcze wybierając lekturę polecam raczej nowe wydanie Rebisu niż to stare z serii Salamandra, ponieważ nowsze zawiera przedmowę Lecha Jęczmyka, jakże ważną dla odbioru całej powieści. Ale ta stara ma za to fajną okładkę :)
Czytaj dalej »

poniedziałek, 7 maja 2018

Szok i niedowierzanie! - Bracia Karamazow, F. Dostojewski - Wydawnictwo MG

Dzisiejszy wpis nie będzie recenzją, raczej narzekaniem i odradzaniem, co dziwniejsze nie książki w ogóle, bo okazało się, że książkę przeczytałam, ale tak naprawdę, dzięki wydawnictwu MG - wcale nie.

Zaczęło się bardzo pięknie, bo Braci Karamazow kupiłam na promocji, za połowę ceny. Pomyślałam - super, od dawna miałam ochotę na Dostojewskiego, a i będzie od razu do wyzwania z klasyką na maj. Jeszcze w dodatku ładnie się prezentuje, twarda okładka i klimatyczna ilustracja. Wcześniej jakoś nie interesowałam się tą książką, więc nawet nie sprawdziłam, że w innych wydaniach jest trochę grubsza, ale z drugiej strony, wydanie wydaniu nierówne więc to nic aż tak dziwnego. 

Sielanka z Dostojewskim trwała do czasu, kiedy chciałam dowiedzieć się czegoś o okolicznościach napisania książki, co by może się przydało do wpisu, i weszłam sobie na wikipedię. Od razu rzuciło mi się w oczy, że tekst z tyłu okładki jest niemal słowo w słowo skopiowany z w/w strony... No nic, zdarza się, poza tym jak się okazało, to najmniejszy problem tego wydania...

Wydawnictwo MG wydało Braci Karamazow w tłumaczeniu Barbary Beaupre z 1913 roku, i jak się okazało, ta pani nie tylko zniekształciła tekst, aby pozbyć się "dłużyzn", pominęła CAŁE rozdziały, a nawet zmieniła zakończenie! Nie mam zielonego pojęcia na temat tłumaczenia książek i nie chodzi mi o to, jak mogło dojść do takich kwiatków ponad sto lat temu (NOWE wydanie, heh), ale jestem w szoku, że normalne wydawnictwo wydało podobnego potworka i nawet nie raczyło podać żadnej informacji. Rozumiem że jacyś fani autora mogą się pokusić na czytanie różnych przekładów dla frajdy, ale podpisywanie wesołej twórczości tłumaczki nazwiskiem Dostojewskiego jest po prostu wprowadzaniem czytelnika w błąd. 

Dawno się tak nie wkurzyłam i jako że to wydanie sprzed kilku lat, to pewnie wszyscy ogarnięci wiedzą, że lepiej się od niego trzymać z daleka, ale po prostu musiałam się wygadać i przestrzec takie zbłąkane duszyczki jak ja - Jeśli się zastanawiacie nad kupnem, to na pewno nie tego dziadostwa, chyba ze zamiast klasyki rosyjskiej literatury chcecie poczytać wymysły jakiejś baby. No i wydawnictwo raczej mnie odstraszyło od siebie na dobre.

***
Staram się nadrobić zaległości w blogosferze, ostatnio strasznie wszystko olewam, za dużo obowiązków na siebie wzięłam :( 
Czytaj dalej »

niedziela, 29 kwietnia 2018

Życie zawsze jest tym samym | Drugie odkrycie ludzkości. Nostrilia, Cordwainer Smith

Książka dosyć długo czekała na półce na swoją kolej. Nazwisko autora nic mi nie mówiło, a kot w jakimś futurystycznym kasku, mimo że całkiem niebrzydki to kojarzył mi się z czymś bardzo kiczowatym. I pewnie mogłaby być książką bardzo kiczowatą i naiwną, gdyby nie smak i wrażliwość autora.
Pozycja zawiera w sobie zbiór dwunastu opowiadań pt. Drugie odkrycie ludzkości oraz jedyną powieść autora, Nostrilię. To, co łączy wszystkie utwory i sprawia, że poszczególne opowiadania nie mogą być traktowane jako niezależne teksty jest scenografia - bardzo daleka przyszłość, gdzie Ziemią i innymi zamieszkałymi planetami włada Instrumentalność. Dodatkowym spoiwem są bohaterowie, których poznajemy w jednym utworze, a w następnym mogą pełnić rolę mitu, symbolu czy mesjasza. 

Tym, co od razu rzuca się w oczy jest szalona wręcz wyobraźnia autora. Niemal nieskończone życie? Czemu nie! Koty asystujące przy obronie statków kosmicznych? Jasne! Zwierzęta tworzone na wzór ludzi? Proszę bardzo! Wydaje się, że na takie dziwactwa nie ma miejsca w poważnej sf, ale jak pisałam, akcja rozgrywa się w naprawdę dalekiej przyszłości, od roku 6000 do 16000. Ze strony autora uważam to za genialne posunięcie, bo rzeczywistość książki jest tak odległa, że oderwana od znanych nam naukowych rozważań. Równocześnie wprowadza to powiew świeżości do sf, która zwykle nie wybiega aż tak bardzo w przyszłość, a w przypadku starszych dzieł często już ją wyprzedziliśmy.

Smith stworzył bardzo spójne uniwersum. Co prawda na początku, wrzuceni w wir wydarzeń możemy zagubić się w świecie przedstawionym, ale z każdym kolejnym opowiadaniem dostajemy kolejną dawkę informacji, które uzupełniają naszą wiedzę. Widzimy jak rozwija się transport międzyplanetarny, jak ludzkość wydłuża życie i w końcu popada w stagnację, jak tworzy coraz inteligentniejsze roboty i zwierzęta. Jednocześnie nie jest to typowe science fiction, naładowane techniką, największy nacisk autor stawia na rozważania nad istotą człowieczeństwa, relacją człowiek-zwierzę (i tym, gdzie kończy się granica między istotami inteligentnymi), rasizmem, problemami przeludnienia czy wręcz przeciwnie - wyludnienia. Duża część opowiadań ma wręcz religijny charakter, poświęcony tajemniczym obrzędom w podziemiach miast, a niektóre narracją przypominają mity lub legendy.

Drugie odkrycie ludzkosci. Nostrilia została wydana jako 5 książka z serii Artefakty wydawnictwa Mag i zauważyłam w niej kilkanaście literówek i posklejanych wyrazów, ale co mi się bardzo podoba, przed każdym utworem jest zamieszczona krótka notka o okolicznościach jego powstania. Książka Smitha jest bardzo nowatorska i porusza mnóstwo ciekawych zagadnień, poza tym autor ma świetny, lekki styl, dlatego nie widzę powodu, dla którego nie warto byłoby sięgnąć po tę pozycję.
Czytaj dalej »

wtorek, 24 kwietnia 2018

Czytamy klasykę | Stowarzyszenie umarłych poetów, Nancy H. Kleinbaum

Akademia Weltona to elitarna szkoła średnia, która nie rozpieszcza swoich wychowanków. Za świetnymi wynikami absolwentów kryje się bardzo surowa dyscyplina, brak prawa do własnego zdania, czasu wolnego i niekończąca się nauka. W rozpoczynającym się właśnie roku szkolnym jako nauczyciel angielskiego zostaje zatrudniony John Keating, który jako pierwszy pokazuje uczniom, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a zdolność samodzielnego myślenia jest czymś przysługującym każdemu człowiekowi.
Nikomu nie trzeba przedstawiać świetnego filmu z Robinem Williamsem w roli ekscentrycznego nauczyciela. Warto zaznaczyć, że książka została napisana na podstawie scenariusza, co jest dosyć rzadkie, i w tym przypadku wyszło raczej miernie. Autorka mogła pokusić się o dodanie czegoś od siebie, rozbudowanie bohaterów, bo wszystko wyszło bardzo płasko i sucho, jakby przepisała scenariusz żywcem albo napisała streszczenie filmu. 

Główny problem poruszony w książce został przedstawiony całkiem dobrze. Powieść można traktować jako anty-poradnik dla rodzica i nauczyciela, który dobitnie pokazuje, że dyscyplina i surowość też musi mieć jakieś granice, że młodzi ludzie to jakby nie patrzeć też istoty myślące a nie klony nas samych i że największą krzywdę robimy dziecku próbując realizować na nim własne ambicje. No i właściwie na tym koniec, książka jest cieniutka i nie ma nawet mowy o rozwijaniu wątków pobocznych ponad to, co widzieliśmy w filmie, a szkoda, bo to materiał z bardzo dużym potencjałem.

Moim zdaniem książka dobrze spełnia rolę przypominajki, czytając miałam przed oczami sceny z filmu, za to kompletnie nie broni się jako samodzielna historia. Poza pomysłem na fabułę nie ma w niej nic wartego uwagi, cała reszta jest bardzo przeciętna i jeśli ktoś nie widział filmu, niech go obejrzy, a książkę spokojnie może odpuścić, traktując ją jako ciekawostkę.
Czytaj dalej »

sobota, 14 kwietnia 2018

Miłość, która pokonała śmierć | Beren i Luthien, J. R. R. Tolkien

Beren i Luthien to poruszająca opowieść o miłości między elficką królewną a śmiertelnikiem, znana z Silmarillionu, a wzmianki o niej znajdują się też we Władcy Pierścieni. Książka powstała pod redakcją syna Tolkiena, Christophera i zawiera mnóstwo komentarzy na temat postania i ewolucji utworu, wprowadzanych do niego z biegiem czasu zmian i fragmentów innych tekstów nawiązujących do opowieści o Berenie i Luthien.

Ojciec Berena zostaje zabity przez sługi Morgotha, a on sam musi uciekać przed pościgiem orków. Dostaje się do Doriathu, krainy elfów rządzonej przez Thingola i Melianę. W lesie widzi tańczącą córkę króla, Luthien i zakochuje się w niej. Na przeszkodzie rodzącej się miłości staje Thingol, który stawia Beenowi warunek: może poślubić Luthien tylko jeśli przyniesie królowi Silmarill, jeden z największych skarbów świata. Wydaje się, że to warunek niemożliwy do spełnienia, ponieważ Silmarille znajdują się w koronie na głowie Morgotha, władcy ciemności o wielkiej potędze. Beren jednak wyrusza do twierdzy nieprzyjaciela, pokonując wraz z Luthien wiele niebezpieczeństw.

Tolkien stworzył bardzo ciekawą, wzruszającą opowieść, z wyrazistymi postaciami i wieloma zwrotami akcji. Jest częścią mitologii Śródziemia, niezwykle ważną dla wszystkich pozostałych jego dzieł i ma wszystko, czego potrzeba wspaniałej, heroicznej pieśni - pięknych i dobrych bohaterów, potężnego wroga, magię i miłość. Niestety nie jest to samodzielna historia i nie wyobrażam sobie, żeby była zrozumiała dla osób nie znających Silmarillionu. Niby mamy krótkie wprowadzenia i wyjaśnienia co do tła akcji i postaci pobocznych oraz słownik nazw na końcu książki, ale wydaje mi się, że wszystko to pisane jest raczej jako przypomnienie dla obeznanych ze światem Tolkiena. 

Nie można też odmówić książce pewnej chaotyczności. Mamy kilka wersji historii, od najwcześniejszego szkicu aż po fragmenty, które Tolkien napisał po Władcy Pierścieni, fragmenty Silmarillionu i innych dzieł, które akurat dotyczą Berena i Luthien. W części z nich mamy jeszcze stare wesje imion czy nawet całych wątków, więc trochę ciężko się w tym wszystkim połapać. Poszczególne fragmenty są pisane różnym stylem, część prozą a część wierszem, poza tym ciekawostką są zapisy w oryginale, który dla osób znających dobrze angielski i jego archaiczne formy będzie świetnym dodatkiem, ale ja nic z nich nie zrozumiałam.

Wydanie jest opatrzone pięknymi ilustracjami Alana Lee, który ilustrował też inne dzieła Tolkiena, cała książka wydana jest bardzo ładnie i solidnie, ale zabrakło mi map, a wiadomo, że w świecie Śródziemia i okolic bardzo łatwo się zgubić.
W ogóle to od teraz będę pisać mniej postów, pracuję na budowie i dojeżdżam, dlatego nie mam prawie w ogóle czasu na czytanie w tygodniu :o smutno mi.
Czytaj dalej »

środa, 21 marca 2018

Życie, którego nie było | Lawinia, Ursula K. Le Guin

Le Guin jest najbardziej znana jako twórczyni fantastyki, dlatego nie za bardzo wiedziałam, czego spodziewać się po  Lawinii, która jest jakby uzupełnieniem historii opisanej w Eneidzie Wirgiliusza. Autorka postanowiła rozwinąć postać tytułowej Lawinii, której klasyczny poeta nie poświęcił wiele uwagi, dając jej jedynie imię.

Lawinia prowadzi czytelnika przez historię swojego życia, najpierw jako córki króla Laurentum, później żony herosa Eneasza i w końcu królowej Lawinium. Nie jest postacią w stylu księżniczek - buntowniczek znanych z młodzieżowej fantastyki. Mimo młodego wieku jest bardzo dojrzała, zdaje sobie sprawę ze swoich obowiązków i powinności, dlatego towarzyszymy jej głównie podczas religijnych obrzędów, zarządzania domem i wypraw do świętego lasu, gdzie spotyka swojego stwórcę - poetę. Nawiązana między nimi relacja jest jedną z najciekawszych aspektów powieści, bardzo rzadko można spotkać postać porozumiewającą się ze swoim stwórcą, który narodził się kilka wieków później. Książka Le Guin mimo prostoty fabularnej porusza mnóstwo problemów, takich jak relacje z niestabilną psychicznie matką, religijność i pobożność, bezsensowność wojny, nutkę polityki i rolę kobiet w społeczeństwie. Charakter Lawinii jak i pozostałych postaci zmienia się i ewoluuje, a wydarzenia takie jak wojna czy tworzenie nowego państwa są jedynie tłem dla rozwoju wewnętrznego bohaterów.

Powieść nie jest zbyt odkrywcza, wszystkie te motywy były wielokrotnie powtarzane, a fabuła wzorowana na historii znanej od wieków nie dostarcza niespodziewanych zwrotów akcji. Jednak Lawinię czyta się z wielkim zainteresowaniem, jest napisana świetnym stylem i charakterystyczną dla autorki wrażliwością. Pisarka ciekawie oddała klimat Italii sprzed budowy Rzymu, wszystkie obrzędy i zwyczaje, które wprost ociekają magicznością, jednością z przyrodą i poczuciem bezpieczeństwa. Ciekawym akcentem jest posłowie, w którym autorka wyjaśnia pewne nieścisłości związane z opisem miejsca akcji i o znaczeniu Lawinii jako hołdu dla Wirgiliusza. Jestem zadowolona z lektury - otrzymałam ciepłą, spokojną powieść o cichej bohaterce, która odważyła się wziąć los w swoje ręce.

Czytaj dalej »

piątek, 16 marca 2018

Martwa kałamarnica i żywa wiara | Kraken, China Mieville

W londyńskim Muzeum Historii Naturalnej znajduje się jeden eksponat, który cieszy się nadzwyczajną popularnością - zakonserwowany okaz kałamarnicy olbrzymiej. Billy, pracujący tam kustosz a jednocześnie specjalista od mięczaków, podczas oprowadzania po muzeum dokonuje nieprawdopodobnego odkrycia - cały zbiornik wraz z kałamarnicą po prostu znika bez śladu. Dla Billy'ego to zaledwie początek niesamowitych zdarzeń, ponieważ poza specjalnym oddziałem policji zaginięciem mięczaka interesuje się też mnóstwo podejrzanych osób. Okazuje się, że zaginiony Architeuthis nie jest po prostu martwym zwierzęciem w formalinie - jest bogiem jednej z podziemnych religii, a tajemniczy złodzieje ściągnęli na świat apokalipsę.

Razem z Billym zostajemy wrzuceni bez słowa wyjaśnienia w mroczny wymiar miasta, wypełniony fantastycznymi religiami, okultyzmem i uliczną magią. Na początku można poczuć się nieźle skołowanym, bo informacji do przyswojenia jest całe mnóstwo, ale w miarę czytania wszystko staje się w miarę jasne, wszystkie zależności między frakcjami religijnymi (i innymi) rozplątują się. Zostaje wtedy wartka akcja, w miarę ciekawa fabuła i bardzo świeża, subtelna magia, która naprawdę mnie zauroczyła. Często w fantasy nudzi machanie różdżką i krzyczenie magicznych formuł, tutaj muszę pochwalić autora, bo na początku czarowanie (czy też jak to jest określane w książce - sznytowanie) jest prawie niedostrzegalne, delikatne i wprowadzane stopniowo, a pod koniec czytelnik ma wrażenie, że równie dobrze mógłby sam spróbować.

Największą wadą książki jest to, że Mieville próbuje zgrywać tajemniczego i przy podawaniu nowych informacji bardzo mało wyjaśnia, przez co główny bohater, a z nim i czytelnik biega po Londynie prawie na oślep, nikt nie raczy odpowiedzieć na pytania bohatera, natomiast wszyscy czegoś od niego oczekują. Na szczęście takie przytłoczenie nie trwa długo, ale początek jest przez to dosyć ciężki do przebrnięcia. W ogóle przez całą książkę czuje się gęstą, mroczną atmosferę wywołaną wizjami czarnomagicznego miasta i religii rodem z Lovecrafta, ale mi się podobała, zwłaszcza że kwestie właśnie tych fantastycznych (i fanatycznych) kultów zostały ciekawie przedstawione i nawet wiarygodnie, pomijając oczywiście dziwaczność bóstw. Sam Londyn równie dobrze mógłby być dowlonym innym miastem, jest dość słabo zarysowany bez żadnych charakterystycznych punktów. Mi to nie przeszkadzało, ale jeśli ktoś jest fanem tego miejsca i spodziewa się typowo "londyńskiego" klimatu to się rozczaruje.

Z bohaterami też miałam problem, bo połowa to takie szaraki bez żadnego charakteru (jak Billy), którzy istnieli chyba tylko dlatego, że ktoś musiał pchać fabułę do przodu. Ciężko było się z nimi zżyć i szczerze mówiąc miałam gdzieś ich losy, byle tylko dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi, a jak umrą przy okazji, to trudno. Część była trochę przerysowana ale interesująca, jak sypiąca wulgaryzmami Collingswoo, ale interesująca. Na uwagę zasłużyli sobie antagoniści: osobnik będący gadającym tatuażem czy psychopatyczni Goss i Subby. W zasadzie cały drugi plan był nieźle napisany i polubiłam szczególnie Watiego, demona - posążka i dociekliwą Marge.

Kraken jest dziwną książką, ale ta dziwność jakoś przyciąga, mimo trochę chaotycznej konstrukcji ciężko było mi się oderwać od czytania. Mieville jest przedstawicielem nurtu new weird, czyli literatury nie pasującej ani do fantasy, ani do sf, ani powieści grozy. Przypomina prozę Lovecrafta, gdzie mrok czai się w zakamarkach i zanim się spostrzeżemy, wciąga nas do miejsc, których istnienia byśmy się nigdy nie spodziewali.

Czytaj dalej »

wtorek, 27 lutego 2018

Czytamy klasykę | Przeminęło z wiatrem, Margaret Mitchell

Sięgając po powieść nie wiedziałam prawie nic na jej temat, tylko tyle że jest znana, lubiana i ma super bohaterów i że film na jej podstawie to klasyk kina. Byłam przekonana że to będzie coś w stylu amerykańskiej Jane Austen i po kilkudziesięciu stronach załamałam się. Sądziłam że Przeminęło z wiatrem trafi to bardzo szczupłego grona książek, których nie dałam rady przeczytać, ale na szczęście nie poddałam się.

Główną bohaterką jest Scarlett O'Hara, córka bogatego plantatora z Georgii, której życie kręci się wokół przyjęć, pięknych strojów i chłopców. Kiedy dowiaduje się o zaręczynach chłopaka, w którym jest zakochana, żeby zrobić wszystkim na złość wychodzi za kogoś, kogo nawet nie lubi. W tym samym czasie wybucha wojna secesyjna, która sprawia, że wszystko co znane i cenione w społeczeństwie wywraca się do góry nogami. Fabuła skupia się na losach Scarlett i jej najbliższego otoczenia, które próbuje znaleźć na nowo swoje miejsce w zmieniającym się świecie. Poza tym mnóstwo miejsca poświęcone jest wątkom obyczajowym i społecznym, autorka ukazuje m.in. czasy wojny, kwestię wyzwolenia Murzynów i Ku Klux Klanu, miejsca kobiet w ówczesnym społeczeństwie, różnice między życiem na wsi i w mieście. Nie da się jednak ukryć, że Przeminęło z wiatrem jest dosyć stronniczą książką, ukazującą mieszkańców południa wręcz jako świętych. Jest też pełna opisów, co momentami strasznie mnie nużyło, tym bardziej, że autorka lubiła się powtarzać, głównie przy opisach piękności Scarlett i jej ubioru.

Tym, co wprawiało mnie w zwątpienie, ale w końcu okazało się jedną z mocniejszych stron książki jest postać Scarlett. Dawno nie spotkałam się z tak odpychającą bohaterką, totalną egoistką, dla której najważniejsze jest to, żeby interesowali się nią mężczyźni i nic jej w życiu nie brakowało. Jej brak wychowania odpycha prawie wszystkich, nie kocha nikogo oprócz siebie i pieniędzy, do zdobycia których dąży za wszelką cenę. Jest to też postać, która zdobyła moje współczucie, przez swój upór i głupotę była najzwyczajniej nieszczęśliwa. Ulubionym powiedzeniem Scarlett było "Pomyślę o tym jutro". Niestety, odkładając wszystko na "jutro" okazywało się, że często było już za późno - na bycie dobrą żoną, matką i wielką damą.
Jestem pod wrażeniem kreacji postaci pobocznych, których jest naprawdę bardzo dużo, a każdemu poświęcono tyle uwagi, że stał się wiarygodny. Co ciekawe nie są jedynie tłem dla bohaterki i Retta Butlera ( o którym za chwilę), ale mają swoje życia i sprawy niezależne od pani Scarlett. Co zaś się tyczy Retta, drugiej ikonicznej postaci w powieści, nie wiem, kto mnie bardziej denerwował, on czy jednak O'Hara. Ta para przypominała mi aż za bardzo Łęcką i Wokulskiego, a Rett mimo licznych zalet i znacznego wyprzedzania swoich czasów niemiłosiernie mnie irytował kreowaniem siebie na największego łajdaka Ameryki. Było to zabawne w pierwszych 100 stronach.

Moja mama na widok Przeminęło z wiatrem w moich rękach powiedziała, że mi się nie spodoba, bo to taka "babska książka". Nie wydaje mi się, żeby można było tak ją określić. To powieść obyczajowa którą warto przeczytać niezależnie od płci, ukazuje świetnie mentalność i obyczajowość lat 60. XIX wieku i opowiada o wartościach, które wbrew tytułowi, wcale nie przemijają.
Czytaj dalej »

poniedziałek, 5 lutego 2018

Koszmary, H. P. Lovecraft

Każdy choć trochę zaznajomiony z literaturą na pewno słyszał o Lovecrafcie - mistrzu horroru, grozy i weird fiction, ojcu fantastycznej religii Cthulhu. Mimo że nie jestem wielką fanką horrorów mam już za sobą kilka książek autora i zawsze byłam usatysfakcjonowana, zarówno pomysłami, jak i jakością wykonania. Jak więc spisują się Koszmary?

Niepozornych gabarytów tomik zawiera pięć opowiadań, jako ich współtwórczynię wskazując Hazel Heald, jednak jest ona podawana jako osoba zamawiająca utwory, nie jako faktyczna pisarka. Opowiadania różnią się tematyką: dwa z nich - Koszmar w muzeum i Z bezmiaru eonów za scenografię mają muzea i dotyczą antycznych, złowrogich eksponatów. Pozostałe historie ( Człowiek z kamienia, Skrzydlata śmierć i Koszmar na cmentarzu) traktują o nadprzyrodzonych zjawiskach zrodzonych z żądnych zemsty naukowców lub ludzi wykonujących pseudonaukowe eksperymenty. 

Lovecraft w swoich opowiadaniach ucieleśnia potrzebę ludzkości do wierzenia w nadprzyrodzone zjawiska, zabobony, mityczne cywilizacje czy kosmiczne bóstwa. Jednocześnie jego historie mają w sobie dużą dawkę realizmu, co wywołuje ciarki na plecach. Często dotyka zwykłych ludzi w małych wsiach lub miasteczkach, a początkowo wydarzenia nie mają w sobie nic nadzwyczajnego. Zło, które czai się gdzieś w pradawnych ruinach lub jest wywoływane obrzydliwymi okultystycznymi rytuałami sączy się w bohaterów, mieszając im zmysły i powodując obsesje, psychozy i strach. Dodatkowo nastrój wzmaga tajemniczość, pisarz bardzo oszczędnie podaje kolejne informacje na temat niesamowitych wydarzeń lub istot, na zasadzie bardziej sugestii czy posłyszanych gdzieś plotek.  Autor świetnie też operuje psychologią postaci, która często przeraża bardziej niż duchy i demony.

Styl opowieści jest bardzo zwięzły ale statyczny. Dialogów jest mało, większość opowiadań pisana jest w formie wspomnień lub pamiętników, a mimo to czyta się bardzo szybko, bo świetny styl i trzymająca w napięciu (mimo swojej krótkości!) fabuła nie pozwalają oderwać się od lektury. Lovecraft bardzo wnikliwie przedstawia naturę człowieka, który skłonny jest do wiary w zabobony, ale kiedy mit staje się faktem, nie potrafi się z tym pogodzić. Jednocześnie pokazuje, że nikczemność do niczego nie prowadzi, i że każdy dostanie w końcu to, na co zasługuje.

Trudno mi powiedzieć, czy jest to zbiór odpowiedni jako pierwsza lektura Lovecrafta. Na tak przemawia jego długość a opowiadania są naprawdę dobre, ale z drugiej strony to nie sztandarowe dla pisarza dzieła i lepiej chyba byłoby zacząć od czegoś bardziej znanego. Poza tym co mnie bardzo drażniło w wydaniu, to brak jakiegokolwiek wprowadzenia - moim zdaniem wydawnictwo mogło pokusić się o drobną notę o autorze i okolicznościach powstania opowiadań, zwłaszcza że były pisane na zamówienie. I tu też przydałoby się wyjaśnienie, jaki udział w pisaniu miała Hazel Heald, bo z wyjaśnień na okładce nie wiadomo, czy tylko zamawiała, dawała pomysły czy plany ramowe (chyba wszystko naraz). Mimo wszystko książkę jak najbardziej polecam! :)
Czytaj dalej »