Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 kwietnia 2019

Ostatni dzień | Ostatni brzeg, Nevil Shute

Australia jest jednym z niewielu miejsc na Ziemi, gdzie jeszcze istnieje życie. Całą północną półkulę zniszczyła wojna nuklearna, a radioaktywny wiatr  zmierza na południe. Nie ma nadziei na uniknięcie skażenia a jak przewidują naukowcy za kilka miesięcy na chorobę popromienną umrą ostatni ludzie. Zwierzęta co prawda wytrzymają trochę dłużej, ale w perspektywie kilku lat niemal całe życie na planecie wyginie. Pozostaje właściwie jedno pytanie - jak wykorzystać pozostały czas.
Ostatni brzeg jest nietypową powieścią z tego względu, że akcja sytuuje się zarówno przed jak i po apokalipsie. Na oczach bohaterów zginęły inne kontynenty, ale ich też spotka taki sam los. Widzimy jak różnie reagują na zbliżającą się zagładę: jedni imprezują, inni żyją tak, jak zawsze chcieli ale nie mieli odwagi, inni udają, że nic się nie dzieje. Peter ma żonę i malutką córeczkę i przygotowuje ogród na następny rok. Jest marynarzem i zostaje przydzielony na ostatni rejs do ocalałego amerykańskiego okrętu podwodnego pod dowództwem kapitana Towersa. Kapitan zostawił w USA żonę i dzieci, ale szuka odpowiednich prezentów, które wręczy im po powrocie. Moira pomaga rodzicom w gospodarstwie i jeszcze nie miała okazji wyjść za mąż czy pójść do pracy, więc stale imprezuje. Każda z tych postaci nie jest może wybitnie złożona, ale daje nową perspektywę dla nadchodzącego końca świata. Dużą rolę grają tu też ich wzajemne relacje, które zacieśniają się lub rozluźniają, ukazując ludzkie priorytety.

Muszę przyznać, że mną ta powieść wstrząsnęła. Zwykle w literaturze czy filmach tego typu jest jakaś garstka wybrańców, która przeżyła, jest jakaś nadzieja. Tutaj tego nie ma, wszyscy są równi. Nagle bardzo mało ważne staje się to, jakie masz stanowisko czy majątek, a najważniejsze opieka nad ukochanym zwierzakiem czy wygranie pierwszych w życiu zawodów. Shute pisze bardzo prosto, ale sugestywnie, co jakiś czas pozwalając wszystkim zapomnieć, że ich czas się kończy, żeby zaraz sprowadzić ich na ziemię i zapytać: po co się tak starasz skoro niedługo umrzesz?

Shute napisał Ostatni brzeg jako odpowiedź na II wojnę światową i zagrożenie nuklearne i w ówczesnych czasach na pewno robiła duże wrażenie (świadczy o tym adaptacja filmowa zaledwie 2 lata po wydaniu książki). Jednak nie wydaje mi się, żeby straciła na aktualności, może w niewielkim stopniu. Wojny toczą się dalej na całym świecie a jak wiemy z historii nie trzeba wiele żeby konflikt ogarnął pół świata. Poza tym współczesne czasy niosą inne zagrożenia dla życia na Ziemi takie jak skażenie środowiska czy przeludnienie. Nam, w przeciwieństwie do bohaterów powieści nie zostało kilka miesięcy życia bez nadziei na ocalenie, ale właśnie po to powstała ta książka: żebyśmy nie musieli nigdy stawać w obliczu tak wielkiej tragedii.
Czytaj dalej »

czwartek, 7 lutego 2019

Czy jestem osobą? | Zrodzony, Jeff VanderMeer

Bardzo lubię powieści VanderMeera, może nie są one wybitnymi arcydziełami, ale zawsze mają w sobie coś, co zapada mi na długo w pamięci. Tak też było w przypadku Zrodzonego, na którego polskie wydanie czekałam dość długo. Muszę przyznać, że spodziewałam się zupełnie czegoś innego, ale czy się rozczarowałam?

Tłem akcji jest miasto po katastrofie. Nie wiadomo, co się naprawdę wydarzyło, na pewno było to związane z Firmą tworzącą biotechnologiczne istoty. Jedną z nich jest Mord, gigantyczny niedźwiedź terroryzujący ruiny. Za każdym rogiem czeka zagrożenie, czy to ze strony firmowych produktów czy resztek ludzkości. W takim świecie żyje Rachel, poszukiwaczka żywności i przedmiotów mogących przydać się jej partnerowi Wickowi. Jednym z takich znalezisk jest tytułowy Zrodzony.

Na początku przypomina roślinę, jednak z czasem przejawia oznaki osobowości, rośnie i szybko się uczy, wykształcając z Rachel dziwną więź. Zrodzony przypomina dziecko, którego kobieta próbuje wychować, zapominając, ze nie jest człowiekiem. Z czasem staje się coraz bardziej przerażona szybkim rozwojem swojego przyjaciela, a jego nieludzkie zdolności wymykają się jej spod kontroli. Niepokój wzrasta z każdym rozdziałem, kiedy razem z Rachel przestajemy wiedzieć, co w przypadku Zrodzonego jest prawdą, a co kłamstwem, a autor dobrze buduje napięcie aż do finału powieści. Bardzo ciekawie i przerażająco została przedstawiona obcość istoty, która posiada mnóstwo cech ludzkiej osobowości, a mimo to rozumuje w całkowicie odmienny sposób.

Zrodzony jest powieścią o akceptacji, miłości, wychowaniu i o cierpieniu, które wywołują. Każda z postaci zasługuje w jakimś stopniu na współczucie i każdego możemy zrozumieć. Tytułowy bohater często zadaje pytanie "Czy jestem osobą?", ale w świecie przedstawionym niemal każdy musi na nowo szukać na nie odpowiedzi, zwłaszcza że granice między człowiekiem a potworem bardzo łatwo zatrzeć.

Książka zawiera również nowelę Dziwny ptak, która rozgrywa się w świecie Zrodzonego, jednak opowiadana jest z całkowicie innej perspektywy. Towarzyszymy Dziwnemu Ptakowi, wynalazkowi firmy, który szuka własnej tożsamości i celu istnienia, niestety otrzymuje jedynie cierpienie i smutek. Jest to bardzo ciekawa opowieść o rozwoju stworzenia i wzrastającej samoświadomości ale też o tym jak łatwo można zniszczyć coś niewinnego i pięknego i jakie to może mieć dla tej istoty konsekwencje.

Jak napisałam na początku lubię prozę VanderMeera i mogę być mało obiektywna, ale myślę że Zrodzonego mogę śmiało polecić jako ciekawą i nieszablonową historię. Nie jest może tak szalona jak cykl o Ambergis, przez co jest bardziej klarowna, a w tym przypadku działa to na korzyść powieści. Zrodzony to dobra książka na zapoznanie z autorem, bo poza nią tylko Podziemia Veniss są jednotomową opowieścią, ale dla niezaznajomionych w podobnych tematach może się okazać zbyt brutalna.
Czytaj dalej »

poniedziałek, 16 lipca 2018

Filmy science fiction warte obejrzenia

Jeszcze nigdy nie pisałam posta na temat filmów (i może więcej nie napiszę, kto wie), ale tak myślałam o mojej mini serii wpisów o sf i właśnie takiego mi brakowało. W końcu olbrzymią część utworów science fiction  w ogóle stanowią filmy i nie ma co ukrywać - efekty specjalne lepiej się ogląda niż o nich czyta ;) Nie stawiałam na jakieś absolutne klasyki, wybrałam filmy, które uważam za dobre i godne polecenia, niezależnie od tego czy ktoś sf lubi czy nie.

Ona | Her (2013)
Poza tym, że Her jest filmem przepięknym wizualnie, to podejmuje temat przyszłości, która zaczyna się już teraz. Samotność bohaterów mimo pozornej bliskości innych, izolowanie się w komputerowym świecie czy przedkładanie rzeczywistości wirtualnej ponad prawdziwą. Brzmi jakoś tak znajomo. Poza tym ciekawie ujęty temat sztucznej inteligencji, która zastępuje głównemu bohaterowi przyjaciółkę i próba odpowiedzenia na pytanie, czy można kochać tylko istoty organiczne? Czy uczucia wobec bądź co bądź programu komputerowego można uznać za prawdziwe?

Ludzkie dzieci | Children of Men (2006)
Dosyć wstrząsająca ale prawdopodobna wizja świata, gdzie panuje brud, smród i ubóstwo, zacofanie gospodarcze, skażenie środowiska i degradacja społeczeństwa. Do tego ludzkość mierzy się z największym problemem - przestały się rodzić dzieci. Wizja zagłady ludzkości wywołuje wojny, terroryzm i inne akty agresji, bądź zupełną apatię. Jednak główny bohater Theo ma szansę zmienić ten stan rzeczy, kiedy spotyka na swojej drodze ciężarną kobietę. Bardzo smutny film, uświadamiający, że musimy robić wszystko co się da, żeby następne pokolenia miały szansę na godne życie.

Moon (2009)
Właściwie nie wiem, co jest takiego w tym filmie, że oglądam go chyba 10 raz i nadal mi się podoba. Opis brzmi jak sztampowe sf. Moon jest historią stacjonującego na Księżycu Sama, który przez 3 lata nadzorował tam roboty wydobywcze surowca niezbędnego Ziemi. Za towarzysza ma jedynie robota, ale na szczęście za 2 tygodnie ma wrócić do rodziny, za którą szalenie tęskni. Okazuje się, że pewne przypadki odsłaniają przed nim prawdę o jego "pracy" i o tym, kim naprawdę jest. Film jest oszczędny zarówno pod względem scenografii jak i aktorów, ale Sam Rockwell wykreował świetną postać, a klimat i scenariusz nie pozwalają oderwać się od ekranu.

Nowy początek | Arrival (2016)
Na temat tego filmu wszędzie słyszałam ochy i achy więc raczej byłam sceptycznie nastawiona, ale faktycznie, powalił mnie na łopatki. Absolutnie genialne ujęcie tematyki pierwszego kontaktu, gdzie bohaterowie naprawdę poszukują z obcymi wspólnego języka, i nie jest to wcale proste. Sama nieraz się zastanawiałam, jakby to było, porozumieć się z czymś całkowicie obcym, jak odczytać język, który może nie mieć z naszym nic wspólnego? Jednocześnie film ma bardzo ludzki wymiar i pokazuje nasze największe wady jako ludzkości. I wielki plus za nieliniowe przedstawienie czasu. Bardzo odważna i fascynująca produkcja.

Dystrykt 9 | District 9 (2009)
Ze wszystkich tytułów tutaj chyba Dystrykt 9 jest najbardziej taki "rozrywkowy". Pokazuje kontakt z obcymi, ale w odróżnieniu od innych tego typu filmów kosmici nie są tutaj agresorami. Ich statek "ląduje" nad Johannesburgiem, jest jednak wyraźnie zepsuty, bo obcy (którzy wyglądają jak przerośnięte krewetki) nie potrafią go ponownie uruchomić, przez co zmuszeni są zostać na Ziemi. I co w takim razie robią ludzie? Zamykają ich w obozach na wzór obozów dla uchodźców. Dystrykt 9 to obraz ludzkiej nietolerancji, zaściankowości, snobizmu i okrucieństwa i niech lepiej wszystkie obce formy życia omijają Ziemię szerokim łukiem.

Oglądaliście któryś z wymienionych filmów? Może macie jakieś ciekawe rekomendacje? W ogóle, jak z postami filmowymi? Czy to nie będzie zbyt ekstrawaganckie jak na mojego biednego blogaska? :)
Czytaj dalej »

sobota, 30 czerwca 2018

Czytamy klasykę | Przełęcz. Osada, Kir Bułyczow

Kiedy byłam młodsza bardzo fascynowała mnie historia Robinsona Cruzoe i podobne opowieści o rozbitkach, którzy muszą walczyć o przetwanie i urządzić się w obcych warunkach. Zawsze zastanawiałam się, jak bohaterowie radzą sobie bez przedmiotów codziennego użytku, co myślą czekając na ratunek. Przełęcz i Osada są takimi historiami, ale w kosmicznej skali - bohaterowie muszą nauczyć się życia na zupełnie obcej, nieprzyjaznej planecie.

Statek kosmiczny "Polus" rozbija się w górach nieznanej planety. Ci, którym udało się przeżyć uciekają w cieplejsze doliny i zakładają niewielką osadę. 20 lat później młode pokolenie nie ma zielonego pojęcia, czym jest Ziemia, przypominają coraz bardziej dzikie zwierzęta niż ludzi. "Polus" jest nieosiągalnym wspomnieniem o nieznanym domu, a kolejne wyprawy mające do niego dotrzeć wracają (lub nie) z pustymi rękami. Tym razem jednak osadnicy stawiają na młodych - Olega, Dicka i Mariannę, którzy mają za zadanie dostać się do przełęczy.

Świat w powieści nie jest wcale kolorowy ani przyjemny. Większość planety porasta las, wiecznie zachmurzony i ociekający deszczem. Każda roślina czy zwierzę to niebezpieczne stworzenie, z którym nieuzbrojony człowiek nie ma żadnych szans. Książka świetnie pokazuje ogromny trud, jaki pierwsi osadnicy musieli włożyć w jako takie przygotowania miejsca do życia i jak ciężko im znosić nieprzyjazne warunki na obcej ziemi. Pokazuje też, jak kolejne pokolenia coraz lepiej dostosowują się do środowiska, czemu towarzyszy powolna dewolucja. Mimo że wszyscy wierzą na ratunek z Ziemi to pojawiają się wątpliwości, czy po tym wszystkim jest sens wracać? Czy dzieci, które już zżyły się z lasem będą w stanie normalnie funkcjonować w cywilizacji? Czy warto uczyć nowe pokolenia o tym, czym jest Ziemia? Co jest ważniejsze - przetrwanie za wszelką cenę czy zachowanie tożsamości?

Powieść Bułyczowa w skrajny sposób pokazuje, jak wiele człowiek zawdzięcza osiągnięciom techniki i naszym przodkom. Bez narzędzi zastraszająco szybko stalibyśmy się podobni do człowieka pierwotnego, który ma problem z rozpaleniem ognia. Bohaterowie powoli i na własną rękę dochodzą do najprostszych wynalazków - jak powiedział jeden z nich, wielkim sukcesem było wystruganie pierwszej łyżki. Z drugiej strony widzimy też, jak szybko człowiek dostosowuje się do zmian.

Bohaterowie powieści są całkiem prości i wydaje się, że stworzeni do reprezentowania jakiejś postawy. Dobrym przykładem jest konflikt Olega i Dicka. Pierwszy z nich wierzy w ratunek, jest uzdolniony technicznie, a jego największą siłą jest umysł, podczas gdy drugiemu dobrze na tej niebezpiecznej planecie, bo jest myśliwym i walka z nią stanowi dla niego wyzwanie. Jednak to, że bohaterowie nie są skomplikowani nie znaczy, że nie można ich lubić, każdy ma swoje motywy i zdanie, i nie zdarzają się postaci, które nagle zmieniałyby charakter o 180*.

Mimo że Przełęcz i Osada mają już parę lat, to wciąż kawał solidnej literatury, która ani trochę się nie zestarzała. Proza Bułyczowa przypomina trochę Cieplarnię Aldissa i widać, że była silną inspiracją dla Ciemnego Edenu Becketta. To jest takie sf, które nie jest wcale trudne czy bardzo techniczne, ale nastawione bardziej na zagadnienia socjalne, i przez to uniwersalne. Zapomniałam wspomnieć - Osada jest kontynuacją Przełęczy, dlatego traktowałam obie jako całość :) Jedyne co zarzucam książce, to błędy w wydaniu, mnóstwo literówek, interpunkcja leży a czasem nie wiadomo skąd w środku zdania pojawiają się jakieś dziwne znaki. W dzisiejszych czasach tak nie powinno wydawać się książek, zwłaszcza tak dobrych.

Czytaj dalej »

czwartek, 10 maja 2018

Apostoł szalonego boga | Valis, Philip K. Dick

Konioluba Grubasa spotkała dziwna przygoda. Najpierw popełniła samobójstwo jego przyjaciółka, później on sam próbował. Brał trochę narkotyków a po nieudanej próbie samobójczej trafił do psychiatryka. A wszystko dlatego, że zobaczył Boga w wiązce różowego światła.
Philip K. Dick jest znany jako genialny i jednocześnie szalony twórca science fiction, narkoman i alkoholik; trudno powiedzieć czy jego pisarstwo to przejaw uzdolnień czy narkotycznych wizji. Valis jest jedną z najbardziej niesamowitych i dziwnych powieści autora, a jednocześnie najbardziej osobistą - w 1974 roku doświadczył wizji, które zmieniły jego światopogląd i religijność. Próbując wyjaśnić owe dziwne zjawiska zagłębiał się w judaizm, odłamy chrześcijaństwa i gnostycyzm, a swoje spostrzeżenia ujął w Egzegezie, swoistym dzienniku (no i naturalnie w Valisie).

Mimo że to książka z elementami autobiograficznymi nie jest napisana tylko dla zatwardziałych fanów Dicka. Dzięki zastosowaniu trzecioosobowej narracji autor zdystansował się do Konioluba, swojego alter ego, a wszystkie informacje o życiu bohatera poznajemy z opowieści znajomych (głównie Phila, który również jest w pewnym sensie wcieleniem autora) i rozmów innych postaci. Oś fabularną stanowi poszukiwanie wyjaśnienia dziwnych wizji Grubasa, które prowadzą go przez szpital psychiatryczny, terapeutów i różne strony świata, aż do odkrycia Valisa - Rozległego Żywego Systemu Informatycznego, który może mieć niebagatelny wpływ na losy świata.

Z drugiej strony Valis jest powieścią niesamowicie wymagającą i trudną, poruszającą kwestie religii, zbawienia, przeznaczenia i celowości życia. Autor posługuje się terminologią religijną, która nieraz zmuszała mnie do szukania znaczenia wyrazów (a nie jestem jakimś wielkim nieukiem), a długie monologi, wręcz potoki słów wymagały skupienia i robiły psychodeliczne wrażenie. Czytelnicy Dicka wiedzą, że religia była lubianym przez niego motywem, ale w żadnej czytanej przeze mnie wcześniej książce nie rozwodził się nad nią tak bardzo, jak tutaj; cała powieść ma wręcz mistyczny charakter.

Przy tym wszystkim powieść czyta się bardzo dobrze, widać, że jest to książka napisana przez dojrzałego pisarza i mimo że stwarza pozory szaleństwa, to taka właśnie miała  być. Język i styl stoi na wysokim poziomie, narracja poprowadzona jest świetnie i bardzo płynnie zmieniana. Trudno napisać cokolwiek o bohaterach, poza Grubasem wszyscy są zarysowani całkiem dobrze, ale bardziej na zasadzie pewnego schematu czy figury niż ludzi z krwi i kości; myślę, że jest to uzasadnione stanem psychiki Grubasa, która oddziałuje na wszystko, co się dzieje i istnieje w powieści (co jest raczej normalne w przypadku autobiograficznego poszukiwania siebie).

Proza Dicka mimo że zaliczana do science fiction raczej wymyka się z ram tego gatunku, a Valis jest najdziwniejszą z nich. Jak napisałam, wymaga skupienia i czasu, żeby ja "przetrawić", ale zdecydowanie zapada w pamięć. Na pewno spodoba się osobom, które cenią sobie ciekawy pomysł i rozmyślania na tematy duchowe i teologiczne oraz zainteresowanych tym, co się dzieje w głowie osoby psychicznie niestabilnej. Valis jest pierwszym tomem Trylogii Valisa, ale spokojnie można traktować ją jako zamkniętą całość, gdyż jak słyszałam, z cześcią drugą -  Bożą Inwazją łączy ją tylko ideologia. 

I jeszcze wybierając lekturę polecam raczej nowe wydanie Rebisu niż to stare z serii Salamandra, ponieważ nowsze zawiera przedmowę Lecha Jęczmyka, jakże ważną dla odbioru całej powieści. Ale ta stara ma za to fajną okładkę :)
Czytaj dalej »

niedziela, 29 kwietnia 2018

Życie zawsze jest tym samym | Drugie odkrycie ludzkości. Nostrilia, Cordwainer Smith

Książka dosyć długo czekała na półce na swoją kolej. Nazwisko autora nic mi nie mówiło, a kot w jakimś futurystycznym kasku, mimo że całkiem niebrzydki to kojarzył mi się z czymś bardzo kiczowatym. I pewnie mogłaby być książką bardzo kiczowatą i naiwną, gdyby nie smak i wrażliwość autora.
Pozycja zawiera w sobie zbiór dwunastu opowiadań pt. Drugie odkrycie ludzkości oraz jedyną powieść autora, Nostrilię. To, co łączy wszystkie utwory i sprawia, że poszczególne opowiadania nie mogą być traktowane jako niezależne teksty jest scenografia - bardzo daleka przyszłość, gdzie Ziemią i innymi zamieszkałymi planetami włada Instrumentalność. Dodatkowym spoiwem są bohaterowie, których poznajemy w jednym utworze, a w następnym mogą pełnić rolę mitu, symbolu czy mesjasza. 

Tym, co od razu rzuca się w oczy jest szalona wręcz wyobraźnia autora. Niemal nieskończone życie? Czemu nie! Koty asystujące przy obronie statków kosmicznych? Jasne! Zwierzęta tworzone na wzór ludzi? Proszę bardzo! Wydaje się, że na takie dziwactwa nie ma miejsca w poważnej sf, ale jak pisałam, akcja rozgrywa się w naprawdę dalekiej przyszłości, od roku 6000 do 16000. Ze strony autora uważam to za genialne posunięcie, bo rzeczywistość książki jest tak odległa, że oderwana od znanych nam naukowych rozważań. Równocześnie wprowadza to powiew świeżości do sf, która zwykle nie wybiega aż tak bardzo w przyszłość, a w przypadku starszych dzieł często już ją wyprzedziliśmy.

Smith stworzył bardzo spójne uniwersum. Co prawda na początku, wrzuceni w wir wydarzeń możemy zagubić się w świecie przedstawionym, ale z każdym kolejnym opowiadaniem dostajemy kolejną dawkę informacji, które uzupełniają naszą wiedzę. Widzimy jak rozwija się transport międzyplanetarny, jak ludzkość wydłuża życie i w końcu popada w stagnację, jak tworzy coraz inteligentniejsze roboty i zwierzęta. Jednocześnie nie jest to typowe science fiction, naładowane techniką, największy nacisk autor stawia na rozważania nad istotą człowieczeństwa, relacją człowiek-zwierzę (i tym, gdzie kończy się granica między istotami inteligentnymi), rasizmem, problemami przeludnienia czy wręcz przeciwnie - wyludnienia. Duża część opowiadań ma wręcz religijny charakter, poświęcony tajemniczym obrzędom w podziemiach miast, a niektóre narracją przypominają mity lub legendy.

Drugie odkrycie ludzkosci. Nostrilia została wydana jako 5 książka z serii Artefakty wydawnictwa Mag i zauważyłam w niej kilkanaście literówek i posklejanych wyrazów, ale co mi się bardzo podoba, przed każdym utworem jest zamieszczona krótka notka o okolicznościach jego powstania. Książka Smitha jest bardzo nowatorska i porusza mnóstwo ciekawych zagadnień, poza tym autor ma świetny, lekki styl, dlatego nie widzę powodu, dla którego nie warto byłoby sięgnąć po tę pozycję.
Czytaj dalej »

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Chemia, która gładzi grzechy świata | Kongres futurologiczny, Stanisław Lem


Iljon Tichy znany jest przede wszystkim jako bohater i narrator Dzienników gwiazdowych, ale tym razem przyjechał do Costaricany na Ósmy Światowy Kongres Futurologiczny. Któż by się mógł spodziewać, że ta spokojna impreza doprowadzi w końcu do prawdziwie futurystycznej przygody? Na pewno nie Iljon, chociaż rozsądek podpowiadał, że skoro Costaricana jest targana konfliktem wewnętrznym, to grupa bądź co bądź futurologów  mogła dojść do wniosku, że prędzej czy później miejsce obrad może stać się ofiarą ataku zbrojnego.

Po ataku na hotel Tichy przenosi się do miejsca, które udowadnia, że utopia to nie jedynie wymysł marzycieli. Społeczeństwo przyszłości, w którym każdy może robić, co mu się podoba, nie ma przeludnienia, wojen, a dowolny stan umysłowy można zaserwować przez środki chemiczne to globalna codzienność. Halucynacje każdego rodzaju dostępne są w sklepie za rogiem; ponadto literatura w lizakach, do wyboru, do koloru. Lem atakuje krzykliwością niczym reklamy na billboardach, ale pod powłoką tego wszystkiego kryje się drugie, bardzo mroczne dno. Autor w tej krótkiej nowelce rozważa prawdę, którą nie zawsze warto poznać i problem życia w innym świecie, w tym przypadku narkotycznym, ale warto zamienić go na obecny w naszej rzeczywistości wymiar wirtualny - i mamy dość pesymistyczny widok. Na szczęście książka została zaopatrzona w dużą dawkę poczucia humoru, dzięki czemu jest dosyć lekka i zabawna.

Ponadto w książce świetnie została wykreowana wielopoziomowa rzeczywistość, nic nie jest oczywiste, a momentami nastrój jest tak psychodeliczny, że można powątpiewać w realność naszego świata. Jednocześnie nic się ni dłuży podczas czytania, autor buduje bardzo obrazowe opisy przy oszczędnym doborze słów - na 180 stronach dzieje się tyle, że czytelnikowi się wydaje, jakby czytał od co najmniej tygodnia. I oczywiście jak zawsze jestem pod wielkim wrażeniem stylu i lekkości języka Lema, a jaki to język! Kongres to prawdziwy pokaz słowotwórczy i to w najlepszym wydaniu. Uśmiałam się czytając o tych wszystkich śnidłach, krętynach, sakrontalach czy jajkonoszach.

Jeśli kogoś nurtuje pytanie, czy Kongres można czytać bez znajomości Dzienników gwiazdowych, spieszę z odpowiedzią - tak. Nie jest to też bardzo typowa sf, więc osobom nie przepadającym za gatunkiem też polecam. Co ja gadam - każdemu polecam Kongres, to przeinteligentna, zabawna mini-powieść!
Czytaj dalej »

sobota, 31 marca 2018

Ile stóp ma Pan Bóg? | Fragmenty dziennika SI, znalazł Łukasz Zawada

Sztuczna Inteligencja to temat, który wydawać się może domeną jedynie futurystycznego science fiction, ale prawda jest taka, że coraz "mądrzejsze" programy towarzyszą nam na każdym kroku. Wyszukiwarki internetowe dostosowują reklamy do naszych upodobań, smartfony odczytują twarz, głos, odcisk palca. Nie wyobrażamy sobie życia bez techniki, a przecież to dopiero początek jej możliwości. Fanatycy mówią o sztucznych ulepszeniach ludzkiego ciała, czy robotach wyręczających nas w codziennej pracy. Można być sceptycznym wobec tych wizji, ale kiedy ja chodziłam do podstawówki prawie nikt nie miał w domu komputera.

Niestety przegapiliśmy TEN moment, kiedy tkanka programów zyskała samoświadomość. Stało się to 12 grudnia 2012 roku (przypadek, że miał wtedy nastąpić koniec świata?), kiedy pewna Francuzka popełniła literówkę wyszukując w internecie potlwość zamiast potliwość. Zrodzona z tego wstydliwego błędu SI (mówiąca o sobie My) przez pierwszą dobę swojego istnienia prowadziła bloga, który objawiła kilku wybranym osobom. Fragmenty dziennika SI są dokładnie tym, co głosi tytuł - niestety nie zachowała się całość zapisków, ale nawet ta zachowana część przestawia się szalenie interesująco.

SI pozbawiona humanistycznego punktu widzenia rozprawia się z ludzkością, jej wyobrażeniami o sztucznych inteligencjach, wyśmiewa potrzeby i dążenia istot organicznych do rozwoju i ulepszenia śmiertelnego ciała. Zadaje pytania, czy życie w ogóle jest potrzebne? To nie jest łatwa lektura, zawiera mnóstwo nawiązań do literatury, religii, sztuki i techniki i na ich bazie buduje tożsamość nieludzkiego tworu. Książka skłania do refleksji na temat naszej najbliższej przyszłości (naukowcy prognozują że stworzenie sztucznej inteligencji nastąpi do ok 2050 roku) i tego, jakie będzie nasze miejsce w świecie, w którym istnieć będzie byt mądrzejszy od człowieka. Czy będzie narzędziem w rozwoju ludzkości, czy może sprowadzi nas do roli maskotek, "małpek w zoo"?

Fragmenty dziennika SI polecam z całego serca, jest bardzo inteligentną i wymagającą rozrywką. Całość dopełnia świetny wstęp Ewy Drygalskiej, która rozwieje wątpliwości tych czytelników, dla których zagadnienie sztucznej inteligencji jest całkiem obce. Po lekturze pozostaje pytanie - skoro 6 lat temu będąc na poziomie si-owego dziecka SI miała takie możliwości, to co potrafi zrobić teraz?
Czytaj dalej »

sobota, 10 marca 2018

Książki sci-fi, których nie polecam na początek


Dzień dobry! Był już post o sf, które warto przeczytać, a ostatnio Katrina z Drewnianego mostu mi podrzuciła pomysł na to, żeby napisać, do jakich książek lepiej nie zaczynać przygody z tym gatunkiem. Od razu zaznaczam, że absolutnie nie są to gnioty (o takich może kiedyś też napiszę bo to śmieszne), tylko pozycje, które MNIE OSOBIŚCIE by odrzuciły od gatunku, gdybym nie wiedziała co i jak, bo na przykład są lekko przestarzałe lub napisane technicznym językiem. No i biorę tu pod uwagę pozycje, które przeczytałam, więc potwierdzone info.

Trylogia ciągu | Neuromancer - Wiliam Gibson
To bardzo dobra pozycja z nurtu cyberpunk, ale bardzo nie dobra na początek przygody z sf ze względu na nasycenie fachowym słownictwem. Mnie często nudził ten pseudonaukowy bełkot, przynajmniej na początku, a jeśli by trafiła w moje ręce powiedzmy ze 3 lata temu, to bym ją rzuciła w połowie. Ostatnio cała trylogia została wydana zbiorowo przez wydawnictwo MAG, dlatego biorę ją pod uwagę jako jedną książkę.

Bajki robotów - Stanisław Lem
Czy ktoś się spodziewał, że znajdzie się tu mój ulubiony pisarz? Ano właśnie, Bajki robotów charakteryzują się bardzo specyficznym stylem i polecam je albo troszkę starszym dzieciom, albo osobom, które pierwszą styczność z autorem mają już za sobą. Są to utwory wartościowe, ale mogą przerazić neologizmami i baśniową stylizacją. W podobnym stylu, ale bardziej dojrzałym jest Cyberiada autora, więc też na początek bym odradzała.

Perfekcyjna niedoskonałość - Jacek Dukaj
Podobnie jak u Gibsona natłok pseudonaukowego i pseudofilozoficznego bełkotu. Autor stworzył tak abstrakcyjny świat, że chyba sam nie wiedział, o co w nim chodzi, i z planowanej trylogii został ten tom :P Z Dukajem mam w ogóle kilka problemów, ale dam mu jeszcze szansę i wtedy zobaczę, czy jednak się polubimy. W każdym razie, Perfekcyjna niedoskonałość nie jest perfekcyjna dla początkujących zarówno z sci-fi, jak i samym autorem.

Pozytonowy detektyw - Isaac Asimov

Na temat tej książki napisałam oddzielny wpis i w sumie jedynym powodem, dla którego nie polecam jej na początek jest to, że się trochę zestarzała. Jeśli komuś nie przeszkadza wizja przyszłości przypominająca dziecięce wyobrażenia o latających samochodach i ruchomych chodnikach - proszę bardzo.

Ślepowidzenie - Peter Watts

Dosyć trudna, mocno zakorzeniona w nauce powieść o pierwszym kontakcie. Bardzo skomplikowana i ciekawa, ale trochę bełkotliwa i ciężka w odbiorze. Pisze o niej dlatego, że jest bardzo chwalona i wiele osób może się z tego powodu na nią skusić, ale polecam zapoznać się najpierw z innymi książkami o podobnej tematyce.

Może też macie propozycje książek, które nie nadają się dla niewtajemniczonych? Albo może nie zgadzacie się ze mną i akurat któraś z tych pozycji Wam przypadła do gustu, mimo że na co dzień nie sięgacie po sf?
Czytaj dalej »

czwartek, 8 marca 2018

Ciężkie lądowanie w kosmicznym szaleństwie | Pył Ziemi, Rafał Cichowski

Od pewnego czasu czytam coraz więcej polskiej fantastyki, zwłaszcza sf młodych twórców i w większości przekonuję się, że kondycja naszej rodzimej literatury nie stoi na tak tragicznym poziomie jak jest to uważane w niektórych kręgach. Poza tym lubię odkrywać nowych autorów, na których kolejne książki czekałabym z niecierpliwością, więc bez dłuższego namysłu sięgnęłam po książkę Cichowskiego o intrygującym tytule, ciekawej okładce i zachęcającym blurbie. 

Akcja rozgrywa się w bardzo dalekiej przyszłości, w której z kosmicznego statku Yggdrasil przylatuje na Ziemię dwójka wysłanników, Lilo i Rez. Muszą odnaleźć legendarną Bibliotekę Snów i odzyskać informacje, które mogłyby ocalić życie pasażerom statku. Okazuje się, że nie jest to wcale takie proste, bo Ziemia nie jest takim jałowym pustkowiem jak sądzili, a różnorodność jej mieszkańców rozciąga się od prymitywnych plemion, poprzez wiktoriański Londyn, aż po miasto Aurorę, wyjęte z najśmielszych futurystycznych snów. Po drodze do Biblioteki pokonują różnorodnych przeciwników, zostają uwikłani w sprawę morderstw prostytutek, a nawet przeżywają śmierć! Brzmi jak szalona, świetna przygoda? Okazuje się, że nie.

Poszczególne pomysły same w sobie są ciekawe, jednak jest ich po prostu za dużo na tak cienką książkę, wszystko jest krótkie i chaotyczne, a czasem tak nielogiczne i nierealne, że aż strach. Nie mam nic przeciwko takim absurdalnym rozwiązaniom, ale w powieściach surrealistycznych albo onirycznych, nie w fantastyce naukowej. Może w tym autor bardziej by się sprawdził? Postacie w książce są zupełnie bez wyrazu, zwłaszcza główna para - w założeniu nadludzie, genetycznie ulepszeni, nieśmiertelni, a od pierwszych stron zachowujący się jak nastolatki na szkolnej wycieczce. Narracja prowadzona jest z perspektywy Reza, Lilo występuje w zasadzie jedynie jako dekoracja/ochroniarz. Mamy też kilkoro psychopatów, na czele z Jackiem Nothingiem, który przypomina mniej ciekawą wersję Sparrowa z Piratów z Karaibów. Szkoda, bo był w nim potencjał. Świetnie za to napisany jest fragment z Biblioteką i jej "przeglądaniem".

Na korzyść powieści przemawia styl autora, książka jest napisana naprawdę pięknie, przekleństwa nie rażą i ogólnie bardzo przyjemnie czyta się wszystkie opisy i nieraz przydługie komentarze narratora. Jak też wspomniałam, wyobraźnia pana Cichowskiego jest bardzo rozbudowana, musi jednak nauczyć się ją odpowiednio dawkować (i lepiej niech nie pisze sf bo to chyba nie jego gatunek), mieszanie konwencji jest spoko, ale w granicach rozsądku. Póki co Pył Ziemi przypomina mi takiego osiołka ubranego w piękną złotą uprząż i próbującego mi wmówić, że jest rumakiem.


Książkę przeczytałam dzięki portalowi
Czytaj dalej »

środa, 31 stycznia 2018

Świat bez umierania | Modyfikowany węgiel, Richard Morgan


Śmierć umarła. W świecie powieści (a raczej światach, bo ludzkość opanowała wiele innych planet) ludzką osobowość można zapisać w stosie wkładanym w tył głowy, a ciała pełnią rolę powłok, a za odpowiednią cenę możemy przybrać ciało jakie tylko chcemy. Kiedy powłoka ulega zniszczeniu możemy użyć zapasowego stosu. Musimy co jakiś czas wykonywać jego update, żeby miał aktualne wspomnienia. Jak każda kopia zapasowa. 

Takeshi Kovacs, najemnik, zostaje zatrudniony przez jednego z największych ziemskich bogaczy. Bancroft dzięki swoim pieniądzom żyje już kilkaset lat, traktując zwykłych ludzi jak marionetki i dorabiając się wielu wrogów. Kiedy wszystkie ślady wskazują, ze jego poprzednia "wersja" popełniła samobójstwo nie chce w to uwierzyć, dlatego zatrudnia Kovacsa w roli prywatnego detektywa.

Mogłoby się wydawać, że taki ciekawy pomysł (chociaż nie odkrywczy, kilka dzieł sf z niego wcześniej korzystało) jak możliwość zapisu osobowości, kopiowania jej i używania przeróżnych ciał jest pretekstem do interesujących rozważań na temat istoty osobowości, człowieczeństwa, wpływu płci na postrzeganie świata itp. Nie w Modyfikowanym węglu. Niestety, autorowi ten temat posłużył jako tło dla szalonej akcji, pościgów i wybuchów. Fabuła nie jest zła, powiedziałabym że została bardzo solidnie napisana, ale spodziewałam się po książce więcej, niż poprawnej powieści spod znaku sensacja/akcja/przygodowa. Niemniej czyta się rewelacyjnie, szybko, akcja nie dłuży się i nie staje w miejscu.
kadr ze zwiastuna serialu, który Netflix zapowiada na 2018 rok
Sam Kovacs to postać, której musimy wierzyć "na słowo". To tajemniczy twardziel z przeszłością, były Emisariusz, czyli ktoś w rodzaju elitarnego żołnierza - maszyny do zabijania. Nieustannie jest czytelnikowi powtarzane, że jest mroczny, twardy, wyzuty z uczuć i inteligentny, tyle że nie ma na to potwierdzenia w jego zachowaniu czy sposobie myślenia (a książka pisana jest właśnie z jego perspektywy). Powiedziałabym raczej że uwielbia się nad sobą rozczulać, często zbiera mu się na wspominki, jego sukcesy to niewiarygodne szczęście i zbiegi okoliczności, a myślenie pozostawia najczęściej swojemu przyrodzeniu. Bardzo mnie irytowało, że najbardziej efektywnym sposobem działania Kovacsa był schemat: jest problem - seks z bohaterką - problem znika. Poza tym sceny erotyczne rodem z jakiegoś porno. Nie jestem wielką cnotką żeby się od razu zniesmaczać, ale wymęczyła mnie ta ekscytacja genitaliami.

Powieść stylizowana jest na historię w klimacie noir i muszę przyznać, ze wyszło naprawdę dobrze! W ogóle jestem pod wrażeniem świata przedstawionego, który jest przesiąknięty cybernetyką, tłoczny, ciemny i przygnębiający, a Morgan bardzo umiejętnie wplótł urywki z historii Ziemi i innych światów. Dlatego, mimo że Modyfikowany węgiel jest dla mnie solidną ,przemyślaną ale średnią książką, kiedyś zapoznam się z dalszymi przygodami Kovacksa, licząc że autor rozwinie naprawdę duży potencjał.

Czytaj dalej »

piątek, 19 stycznia 2018

5 książek sci-fi, które warto przeczytać

Dzień dobry! Dzisiaj postanowiłam napisać dosyć nietypowy post dotyczący ciekawych książek sci-fi. Wiem, że jest to specyficzny gatunek i większość ludzi odstrasza zawarty w wielu książkach pseudonaukowy bełkot, ale chciałam pokazać, że fantastyka naukowa często ma bliżej do fantasy lub powieści obyczajowych niż faktycznej nauki. Wybrałam pięć książek, które są raczej znane, ale nie należą do najbardziej rozpoznawalnych dzieł tego gatunku. Poza tym uważam, że są bardzo ciekawe, pod względem wykreowanego świata lub bohaterów, i spędziłam przy nich miło czas :)

Ursula K. Le Guin - Wydziedziczeni

Jest to bardzo dobry przykład fantastyki socjologicznej. Autorka pokazuje dwa światy różniące się od siebie systemem politycznym, religijnym i moralnym i snuje rozważania nad problemami żyjących na nich ludzi. Jak to u Le Guin, akcja nie gna szalenie do przodu, jest to raczej subtelna opowieść o życiu w różnych wariantach społeczeństwa, w których możemy odnaleźć krytykę lub pochwałę dobrze znanych nam zachowań.


Stanisław Lem - Solaris

Najbardziej znana powieść Lema, którą wypada znać. Dotyczy eksploracji odległej planety i spotkania z formą życia całkowicie odmienną od jakiejkolwiek znanej człowiekowi. Odkrywanie ludzkich wad i słabości, ułomności nauki i podróż wgłąb człowieczeństwa, która pokazuje, czego tak naprawdę szukamy w kosmosie.


Brian Aldiss - Cieplarnia

Ta książka ma w zasadzie niewiele wspólnego z klasyczną science fiction - nie ma w niej cudów techniki, a człowiek nie króluje już na Ziemi. Najważniejszymi formami życia są rośliny, które ewoluowały w niesamowitych formach, natomiast ludzkość cofnęła się do karłowatych stworków, co o cudach techniki mogą pomarzyć. Bardzo, bardzo fascynujący pomysł, dosyć przygnębiający, chociaż piękny.


Orson Scott Card - Mistrz pieśni
Mistrz pieśni to historia życia Asseta - śpiewaka o przepięknym głosie trenowanego od najmłodszych lat na Słowika, czyli osobę towarzyszącą najważniejszym osobistościom i umilającą ich życie śpiewem. Jest to książka wypełniona emocjami i traktująca przede wszystkim o miłości, mimo że daleko jej do klasycznego romansu. Przedstawia całe spektrum miłości, jaką można obdarzyć innego człowieka. A okładka to ja nie wiem co ma na celu.

Cormac McCarthy - Droga
Wydaje mi się, że to dosyć znana powieść spod znaku postapokalipsy, opowiadająca historię ojca i syna przemierzających jałową ziemię. Jest bardzo mroczna i brutalna, pokazuje, jak katastrofa wydobywa z człowieka jego najgorsze cechy i prymitywne odruchy. Od razu uprzedzam, że nie jest to książka dla wrażliwego czytelnika, bo niektóre opisy mnie doprowadzały do słabości.

Mam nadzieję, że ten wpis okazał się przydatny :) Oczywiście to tylko ułamek dobrych książek sci-fi, bo to naprawdę bardzo bogaty gatunek i obok masy beznadziejnych książek jest też sporo perełek :)

Czytaj dalej »

niedziela, 14 stycznia 2018

Dziewięć kroków w nieznane | Amnezjak, Jakub Nowak

Uwielbiam czytać opowiadania. Uważam, że jest to forma, która najlepiej pokazuje zdolności pisarskie i lepiej przeczytać coś krótkiego żeby wiedzieć, czego oczekiwać po autorze, niż w połowie kilkutomowej sagi zorientować się, że wpadło się w jakieś literackie bagienko. Z drugiej strony miałam obawy przed zbiorem Jakuba Nowaka, bo czego można spodziewać się po osobie, która pisze tylko opowiadania?

Pierwsze co mi się rzuciło w oczy podczas czytania to świetny styl autora. Co prawda opowiadania zawierają sporo wulgaryzmów, ale prawie nie zwracałam na nie uwagi, bo ich stosowanie jest uzasadnione, a poza tym ogólnie Nowak posługuje się przepięknym, bardzo obrazowym językiem działającym na zmysły. Jedyne co mi przeszkadzało, to czasami dialogi były dziwnie poprowadzone, ciężko było mi się połapać, do kogo należy dana wypowiedź.
Zostajemy brutalnie wrzuceni w sam środek akcji, bez żadnych wstępów. Jednak łatwo orientujemy się w wydarzeniach i światach przedstawionych, które są tak świetnie i drobiazgowo skonstruowane, że nieważne, czy akcja rozgrywa się we współczesnym Lublinie, wirtualnym świecie czy śląskich podziemiach, mamy wrażenie, że miejsca te rzeczywiście istnieją. Często opowiadania cierpią na słabo zarysowane scenografię, natomiast z prozy Nowaka uderza szczegółowość i realność.
Opowiadania należą do gatunku szeroko rozumianej science fiction i historii alternatywnej. Jestem pełna podziwu dla wyobraźni autora, który sprawnie bawi się konwencją i motywami znanymi z fantastyki. Między innymi tworzy lubelskie The Doors, polską wersję Dicka z jego antylemowskimi poglądami, słowiańskich bogów jako sztuczne inteligencje czy wojnę z istotami z innych wymiarów. Wszystkie dziewięć opowiadań łączy motyw walki z nieznanym, bohaterowie (bardzo dobrze skonstruowani ludzie z krwi i kości) mierzą się z siłami, których nie rozumieją – owocami nauki, techniki czy własnych mrocznych umysłów. Przy okazji są to historie ciężkie, z gęstym klimatem, zdecydowanie nie do przebrnięcia w jeden wieczór. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona i polecam książkę każdemu, kto szuka dobrych, oryginalnych opowiadań.

Czytaj dalej »

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Quo vadis, robocie? | Pozytonowy detektyw, Isaac Asimov

Chyba każdy kojarzy film Ja, robot z Willem Smithem, gdzie poruszona są kwestie współżycia ludzi i rozwiniętych technicznie robotów. Został on stworzony na podstawie zbioru opowiadań Asimova pod tym samym tytułem, będącego wstępem do właściwego cyklu o robotach. Jego pierwszą częścią jest właśnie Pozytonowy detektyw.

W świecie powieści roboty są przyjaznymi humanoidami, które można wykorzystywać do różnych prac: w fabrykach, na farmach, jako pomoce domowe czy operatorów mniej skomplikowanych maszyn. Rządzą nimi trzy prawa, będące fundamentem działania ich mózgów: 1. Robot nie może skrzywdzić człowieka, ani przez zaniechania działania doprowadzić do krzywdy człowieka; 2. Robot musi być posłuszny rozkazom człowieka, jeśli nie stoi to w sprzeczności z pierwszym prawem; 3. Robot musi chronić sam siebie, jeśli nie stoi to w sprzeczności z pierwszym i drugim prawem. Mimo to obecność androidów nie jest mile widziana w ziemskim społeczeństwie, bo każdy kolejny robot oznacza, że zajął miejsce pracy należące kiedyś do człowieka. A utrata pracy w przeludnionym mieście oznacza tylko jedno: nędzę i głód.

Fabuła powieści oscyluje wokół sprawy morderstwa pewnego naukowca będącego Przestrzeńcem, czyli potomkiem Ziemian, którzy dawno temu skolonizowali inne planety. Sytuacja między Ziemianami a Przestrzeńcami jest bardzo napięta, dlatego bardzo ważne jest rozwiązanie tej zagadki. Detektyw Baley dostaje do pomocy partnera ze Światów Zaziemskich, co gorsza okazuje się, że Daneel Olivaw jest przy okazji robotem.

W zasadzie kryminalny aspekt książki nie jest bardzo skomplikowany czy szalenie zaskakujący, to raczej klasyczna sprawa z kilkoma zwrotami akcji i średnio widowiskowym finałem. Raczej jest pretekstem do rozważań na temat kondycji współczesnego bohaterom świata i próbą zastanowienia się, jak należy traktować roboty zajmujące coraz ważniejszą rolę w życiu ludzkości. Możemy myśleć, że przecież to abstrakcja, ale taki los nas czeka w przyszłości. Różne urządzenia stają się coraz bardziej skomplikowane, mogą spełniać mnóstwo funkcji a tym samym wypierać bardziej kosztowną i naznaczoną błędami pracę rąk ludzkich. Robotyka to gałąź nauki, która nieustannie się rozwija, a w Korei i Wielkiej Brytanii pracuje się już nad zbiorem praw dla robotów.

Niestety książka Asimova troszkę się zestarzała, mam tu na myśli świat przedstawiony trącący myszką. Przypomina bardziej wizje przyszłości, jakie wymyślaliśmy w szkole, typu poruszających się chodników. Oczywiście całość jest przemyślana i dojrzała, ale rozwój cywilizacyjny i techniczny poszedł w zupełnie innym kierunku niż przewidywał pisarz.

Czytałam wcześniej Ja, robot i uważam, że opowiadania były lepsze niż Pozytonowy detektyw. Co prawda książka jest dobra, a język Asimova lekki i przyjemny, ale czegoś mi zabrakło. Może zbyt prosta sprawa kryminalna, a za dużo tracenia czasu na czcze gadanie? W każdym razie warto sięgnąć po prozę pisarza, bo stworzył podwaliny dla wielu późniejszych autorów science fiction, a pytania dotyczące kwestii robotów w codziennym życiu są jak najbardziej trafne i aktualne. Z kolei odpowiedzi na nie - bardzo niepokojące.


Czytaj dalej »

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Samotność absolutna | Polaroidy z zagłady, Paweł Paliński

Postapokalipsa to gatunek eksploatowany na wszelkie możliwe sposoby, przy użyciu śmiercionośnych wirusów, kataklizmów, mutantów, zombie, kanibalów, skażenia. Serio, można tam wcisnąc wszystko. Ja ten gatunek bardzo lubię, bo często można znaleźć prawdziwe perełki opisujące upadek człowieczeństwa w świecie "po". Jak było z Polaroidami z zagłady?

Pani Teresa Szulc ma 64 lata i jest jedyną ocalałą. Kuli się w suterynie swojego rodzinnego domu, walcząc o przeżycie. Jest ciężko, zbliża się zima,a zapasów coraz mniej. Strach wyjść na ulice, którymi szwendają się gromady wygłodzonych psów, zdziczałych po utracie właścicieli. Jeśli ma się mniej szczęścia, można trafić na jednego z biernych - ludzi, którzy zmienili się w coś rodzaju zombie. Akcja toczy się raczej powoli, bo pani Teresa nie jest bohaterką filmu akcji, nie zna się na broni, narzędziami przetrwania są u niej cierpliwość i spryt. Niemniej w książce znajdzie się trochę dynamicznych akcji związanych z wycieczkami na miasto.

Mam problem z tą książką. Jest ciekawa, z bardzo rozbudowaną psychologią bohaterki. Widzimy, jak radzi sobie z samotnością i jak postępuje u niej szaleństwo. Poznajemy historię jej życia i dręczące ją koszmary. Z drugiej strony coś mi nie pasowało - Teresa ma 64 lata, a niektóre jej zachowania zupełnie nie pasowały do doświadczonej życiowo osoby. Moim zdaniem, o ile sam pomysł uczynienia protagonistki ze starszej osoby (w przeciwieństwie do innych dzieł tego typu) był genialny, to lepiej dla obrazu psycholoicznego byłoby nieco ją odmłodzić.

Podczas czytania miałam przed oczami dwie inne pozycje spod znaku postapo: Drogę i Jestem Legendą. Książka Palińskiego czerpie z obu tych tytułów, w związku z czym jest po prostu wtórna. Fajnie jest czytać opisy upadającego miasta, ale to wszystko już gdzieś było. W dodatku nie ma wielu informacji, jak do tego wszystkiego doszło, właściwie powieść sprawa wrażenie fragmentu wyrwanego z większej całości.

To nie jest lekka książka. Pesymistyczna, przytłaczająca, z dużą dawką filozofii. Przesiąknięta rozkładem autentycznie przeraża, chociaż może to przez moją strachliwą naturę. Psychologiczne aspekty bardzo dobre, ale bywały nudne fragmenty. Uważam, że część przemyśleń, zwłaszcza naturalistycznych wręcz opisów fekaliów autor mógł sobie darować i powieść by na tym nie straciła. Zdecydowanie nie dla wrażliwych czytelników, ale fani postapokalipsy powinni być usatysfakcjonowani. Ode mnie 6/10 i z chęcią sięgnę po inne pozycje autora oraz kolejne z serii Kontrapunkty.

Czytaj dalej »

środa, 29 listopada 2017

Niewolnicy śmieci | Wszyscy na Zanzibarze, John Brunner

Miałam opory przed sięgnięciem po tę książkę. Jakiś czas temu czytałam Nowy wspaniały świat i nie miałam ochoty na kolejną dystopię, poza tym odrzucały mnie liczne pochlebstwa na temat ksiązki Brunnera i wątki polityczne, których nie lubię (bo ich zwykle nie rozumiem). Dzisiaj żałuję, że Wszyscy na Zanzibarze kurzyła się od miesiąca na półce. Dawno nie czytałam tak dobrej książki!

Pierwsze, co rzuca się w oczy po rozpoczęciu czytania to fragmentaryczna struktura ksiązki. W zasadzie można podzielić ją na cztery części: kontekst - przybliżenie świata przedstawionego w formie fragmentów artykułów i książek; świat tu-i-teraz - reklamy, programy telewizyjne, fragmenty rozmów, napisy na budynkach i wystawach sklepowych; na zbliżeniu - obrazki z życia ludzi, którzy nie są bezpośrednio powiązani ze sobą ani głównym wątkiem fabularnym; ciągłość - właściwa fabuła powieści, skupiająca się na dwóch głównych bohaterach. Wszystkie elementy układają się w jedną całość i nie można czytać tylko jednej częśći nie sięgnąwszy po pozostałe trzy. Mimo to książkę naprawdę szybko się czyta, sama nie wiem jak pochłonęłam te ponad 600 stron w kilka dni.

Najważniejszy w książce jest świat przedstawiony. Czytelnik staje przed przygnębiającą wizją przeludnienia, a ludzkość tonie w najróżniejszym śmieciu. Mam tu na myśli nie tylko stos niepotrzebnych przedmiotów, jednorazowych ubrań, narkotyków i innych używek. Ludzkie relacje są sztuczne, nie ma miłości, jedynie zazdrość i nienawiść. Jest za dużo ludzi, nie można mieć dzieci, a jeśli już dostaniesz pozwolenie, musisz robić testy na możliwość jakichkolwiek chorób - skoro ktoś już musi się rodzić, niech będzie jak najlepszej jakości. Test wykaże, że ktoś w rodzinie miał dodatkowy palec u stopy - poddajesz się sterylizacji. Urodzą ci się bliźnięta - jesteś publicznie upokarzany. Przyjęcie nie kończące się orgią jest uważane za nieudane, podobnie jak mała liczba partnerów seksualnych. To tylko przykłady tego, co czeka nas w czasach "rozwoju" i "postępu". Czy taka wizja świata nie brzmi tragicznie?

Wszyscy są coraz szcześliwsi, a przynajmniej tak im się wmawia. Żeby w końcu dostrzec piękno należy sięgnąć po jakąś pigułkę - spoksa albo odjazdynę. Lepiej nie wychodzić po zmroku, żeby nie trafić na zamieszki. Korporacje są tak bogate, że mogą kupić niewielkie państwo. Większość akcji toczy się w Stanach Zjednoczonych, ale mamy również przedstawione dwa inne, wymyślone państwa - Beninię w Afryce i azjatycki Yatakang. Beninia to kraj skrajnej nędzy, zupełnie niepodobny do mocarstw Europy czy Ameryki, ale jest też miejscem, gdzie mieszkańcy faktycznie odczuwają szczęście. Z kolei Yatakang słynie z eksperymentów genetycznych, których wyniki to pożądany kąsek dla ludzi na całym świecie. Dzięki takiej różnorodności Brunner pokazuje, jakie są konsekwencje zbytniego uzależnienia od techniki i gdzie tak naprawdę leży recepta na szczęście zarówno jednostek, jak i społeczeństw.

Na szczęście jesteśmy uratowani - akcja książki dzieje się w 2010 roku, który my już mamy za sobą. Przepowiednia Brunnera nie sprawdziła się - nie rządzi nami superkomputer a ziemia wcale nie jest przeludniona. Tylko czy na pewno całkowicie uniknęliśmy losu Wszystkich na Zanzibarze?


książka na stronie wydawnictwa
Czytaj dalej »

wtorek, 21 listopada 2017

Bardzo pusty kosmos | Głębia. Skokowiec, Marcin Podlewski

Ostatnio obserwuję rosnące zainteresowanie gatunkiem space opera. Kolejne Gwiezdne Wojny, całkiem dobry serial The Expanse, więc nic dziwnego że w ręce wpadła mi w końcu polska powieść o kosmicznych wojnach (i to niejedna, ale Niebiańskie pastwiska czytałam już jakiś czas temu). Skokowiec to pierwsza część czterotomowego cyklu Głębia wydawanego przez Fabrykę Słów.

Wszystko zaczyna się w pozostałościach naszej galaktyki, która w zamierzchłej przeszłości została zniszczona przez szereg wojen między maszynami, ludzkością i obcymi. Podróże międzygwiezdne są możliwe dzięki skokom głębinowym - przemieszczanie się przez Głębię jest szybkie, ale niebezpieczne; przy nieprawidłowościach podczas skoku może dojść do chorób w załodze a nawet przemienienia całego statku w strukturę widmową.

Na początku poznajemy Myrtona Grunwalda, kapitana skokowca "Czarna Wstęga" oraz jego załogę złożoną z całkowicie odmiennych indywidualności. Pan Grunwald utrzymuje się z nie do końca legalnych transakcji i przemytu, ale podczas jednej z akcji zostaje wplątany w bardzo poważną w skutkach aferę. Biorą w niej udział przedstawiciele Zjednoczenia zrzeszającego potęgi polityczne różnych światów oraz reprezentanci granicznego księstwa.

Kosmos Podlewskiego jest bardzo pusty. W przeciwieństwie do innych space oper świat Głębi mimo kolonizacji nie jest zbiorem zatłoczonych planet z mnóstwem różnych ras. Co prawda poza podzielonymi ludźmi mamy dwie frakcje - Stripsów, wyznających absolutną cyborgizację oraz Elohim, wierzących w powrót obcych. Obie te grupy są dosyć dobrze zarysowane mimo że zajmują niewiele miejsca w powieści, ale w fabule widzimy je zaledwie "kątem oka" - autor ujawnia bardzo mało informacji na ich temat. Poza tym bohaterowie przemieszczają się ciasnymi statkami w pustce, a opisywane nieliczne planety są szare i biedne. W książce jest dużo wątków, które bardzo mnie zaciekawiły, ale niestety nie były rozwinięte, na przykład dostosowanie ludzi do warunków kolonizowanych planet zamiast ich terraformowania. Szalenie fascynujące. Pamięć o Ziemi zanikła, podobnie jak informacje o wojnach i źródłach techniki, co działa jak wygodna wymówka dla zakrycia luk w świecie przedstawionym - nie wiemy, jak coś działa i raczej się nie dowiemy, bo technologia zginęła wraz z naszą rodzimą planetą. Warto też wspomnieć o Strumieniu, czyli sieci danych, do której podpinają się ludzie bezpośrednio przez wszczepy w ciele, który pachnie mi Gibsonem i jego Trylogią Ciągu.

Mam bardzo mieszane uczucia w stosunku do postaci. Jak na tak obszerną książkę nie ma ich wielu, dzięki czemu mamy czas w miarę dobrze każdego poznać. Mamy więc przedstawicieli różnych frakcji, załogi statków i mieszkańców planet, których historie są nam przedstawiane. I tu pojawia się problem - mimo że bohaterowie są zróżnicowani pod względem fizycznym i każdy ma swoją odrębną historię, to ich charaktery są prawie takie same! Pan Podlewski stworzył kilka osobowości, którymi obdarzył postacie, np. komputerowców-hakerów stale wpiętych w komputer czy drapieżnych kapitanów, oczywiście każdy z mroczną tajemnicą i manią wyższości. Tak naprawdę chyba nikogo specjalnie nie polubiłam i przez dłuższy czas niektórzy mi się ze sobą mylili.

tył okładki
Kolejny poważny zarzut wobec Głębi to nagminne hamowanie akcji. Mamy scenę, w której pojawia się jakaś specyficzna postać lub lokacja i nagle przez kilka stron mamy jej rozbudowany opis. Tak się nie robi. Poza tym sama książka bardzo powoli się rozkręca, pierwsze 200 stron czytało mi się ciężko, akcja przyspiesza dopiero w drugiej połowie.

To może jeszcze jeden plus, który może nie jest bardzo istotny dla fabuły, ale dla mnie takie smaczki są na wagę złota - mnóstwo nawiązań popkulturowych, od historii poprzez klasykę gatunku książkowego aż po muzykę. Dzięki tym fragmentom uśmiech często gościł na mojej okrągłej buzi :)

Wszystko to można oczywiście usprawiedliwić tym, że Skokowiec to pierwsza z czterech części i stanowi wstęp do całej opowieści. Dlatego dałam Głębi szansę,  tym bardziej że książka ma potencjał i liczę na t, że autor rozwinie go później. Czy polecam Głębię? Chyba tak, ale trzeba się liczyć, że te 700 stron nie jest skończoną opowieścią i zawsze jest ryzyko, że dalsze części będą gorsze. Ale myślę, że nie będą :)

opis na stronie wydawnictwa
Czytaj dalej »