piątek, 4 stycznia 2019

Hity i kity 2018


Hejo! Tak jak rok temu, przygotowałam krótką listę książek, które uważam za najlepsze i najgorsze z przeczytanych przeze mnie pozycji. Może niektóre nie są wybitne literacko, ale jakoś zapadły mi w pamięci, albo się przy nich wyjątkowo dobrze bawiłam. I na szczęście tych wartych uwagi jest więcej niż tych słabych!

HITY:

Cordwainer Smith, Drugie odkrycie ludzkości - Przeczytałam ją w kwietniu, a wciąż czasem o niej myślę, o tym jak bardzo ludzki miała wymiar mimo fantastycznej scenografii i o tym, jak świetnie można zbudować spójne uniwersum na samych opowiadaniach.
Jakub Małecki, Dygot jest książką, która bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Kiedy o niej pisałam miałam zarzuty co do wszechobecnego nieszczęścia, ale teraz pamiętam dobrze wykreowany świat i fabułę, a do tego świetne wprowadzenie elementów surrealistycznych i realizmu magicznego.
Łukasz Zawada, Fragmenty dziennika SI to doskonały przykład intrygującej i niebanalnej książki czy też bardziej literackiego eksperymentu, poruszająca ciekawy, aktualny temat. Autor prowadzi intelektualną grę z czytelnikiem i rzuca nowe światło na dosyć wyświechtany w popkulturze motyw sztucznej inteligencji.
Dan Simmons, Terror zachwyciła mnie przede wszystkim klimatem na pograniczu horroru i thrillera, dodatkowo autor genialnie budował napięcie i powieść bardziej pożarłam wzrokiem niż przeczytałam.
Jakub Nowak, Amnezjak był jednym z najlepszych zbiorów opowiadań jakie miałam okazję przeczytać, wyobraźnia autora jest po prostu niesamowita, do tego mnóstwo kulturowych nawiązań i smaczków.
Marcin Podlewski, Głębia właściwie znalazła się tu tak trochę przypadkiem. Nie pisałam o wszystkich tomach, tylko o pierwszym i średnio mi się podobał. W ogóle to jest seria, która ma sporo słabszych momentów i czasem miałam wrażenie, że była pisana przez nastolatka, ale jak na space operę jest kapitalna, napisana z rozmachem i epickością i aż się zdziwiłam, jak smutno mi się zrobiło po przeczytaniu, że to już koniec.

KITY:

Rafał Cichowski, Pył ziemi oceniam jako słabe sf, ale niezłą powieść młodzieżową, może gdybym była z 10 lat młodsza to bardziej by mi się spodobała.
John Lewis - Stempel, Prywatne życie łąki. Moim zdaniem to bardzo słaba i niepotrzebna książka, która zamiast opisywać życie łąki opisuje życie autora w pobliżu łąki. Załamały mnie rozdziały, które miały dosłownie kilka zdań na temat tego, że spadł deszcz itp. Od teraz będę bardziej ostrożna przy wyborze książek przyrodniczych, jako że trochę jestem w temacie to tym bardziej takie książki o pierdołach mnie denerwują.
Ursula K. Le Guin, Malafrena - czy ktoś się spodziewał, ze znajdzie się tu powieść mojej ulubionej pisarki? Jak każdy autor ma ona swoje gorsze książki i Malafrenę uważam za jedną z nich - nie złą w ogóle, ale na tle jej innych powieści wypada słabo. Jest trochę za bardzo przegadana i rozwleczona a tematyka nie wpasowała się w mój gust.
N. H. Kleinbaum, Stowarzyszenie umarłych poetów trudno oceniać jako normalną powieść bo powstała na bazie scenariusza do filmu i jest raczej właśnie dodatkiem do niego. Jeśli ktoś jej nie przeczyta, w zasadzi nic nie straci.

Nie mogę też nie wspomnieć o moim antyulubieńcu zeszłego roku, czyli Braciach Karamazow Dostojewskiego w wydaniu wydawnictwa MG. Oczywiście nie chodzi o tragiczność powieści, bo tak właściwie chyba nie dane było mi jej naprawdę przeczytać - wydawnictwo użyło 100-letniego tłumaczenia, które było radosną twórczością tłumaczki z wyciętymi całymi rozdziałami. Absolutnie nie polecam, chyba ze ktoś czytał "normalną" wersję i chciałby sobie porównać.

I to by było na tyle :) Pozostaje mi życzyć sobie i Wam żeby w tym roku było o wiele więcej hitów i jak najmniej kitów :D Wszystkiego dobrego!
Czytaj dalej »

środa, 19 grudnia 2018

Gdzie zaczyna się sen | Puste niebo, Radek Rak

Bardzo rzadko zdarza mi się trafić na książkę, która wzbudziłaby u mnie tak mieszane uczucia. Puste niebo z jednej strony mnie całkowicie zachwyciło, ale jednocześnie bardzo rozczarowało i do dziś nie wiem, co o niej myśleć.
Z pozoru powieść Raka ma prostą, liniową fabułę. Tołpi, prosty dzieciak ze wsi wyławia z Bugu Księżyc i przypadkiem rozbija. Zostaje więc wysłany do Lublina z misją odnalezienia Jana Hespera, który jest jedyną osobą potrafiącą stworzyć nowy księżyc - bez tego przestaną rodzić się dzieci i ludzkość wymrze. Fabuła opiera się na podróży Tołpiego i zdobywaniu kolejnych składników niezbędnych do wytworzenia księżyca. Jednak liniowość powieści jest tylko pozorna, konstrukcją przypomina bardziej sen, który może zaczyna się logicznie, ale z czasem staje się coraz bardziej surrealistyczny, żeby w końcu przekształcić się w koszmar.

Uwagę przykuwa przede wszystkim magiczny Lublin, jego uliczki, zaułki, podziemia. Akcja dzieje się w nieokreślonym czasie mniej więcej w XX wieku, a dodatkowo ma się wrażenie, że działania bohaterów nasilają się wieczorami i nocą. To połączenie nadaje powieści świetny, tajemniczy klimat. Lublin jest miejscem ucieleśniających się zabobonów, baśni i stworzeń z ludowych wierzeń, ma swoje humory i fanaberie, przez co staje się niejako dodatkowym bohaterem. Miasto w powieści ma wiele wymiarów, i bardzo często podczas lektury towarzyszyło mi napięcie i niepewność, bo miejsca stale ulegały deformacjom, co zwykle prowadziło do niebezpiecznych sytuacji.

Zachwycającemu Lublinowi towarzyszy piękny język i lekkość narracji. Bardzo obrazowy i liryczny styl sprawiał, że nie chciało się odkładać książki. Muszę też pochwalić wszelkie sceny erotyczne, o ile na mój gust było ich trochę za dużo (i trochę nieuzasadnionych), to napisane naprawdę z wyczuciem, nie wulgarnie.  Dawno nie czytałam tak ładnie napisanej powieści.

Za to nie mogę darować panu Rakowi bohaterów. Mieli być chyba ludzcy, prości, wyszli puści (tak jak niebo), płytcy, aż czasami groteskowi. Najbardziej odstręczający był Tołpi, wiejska niemota, w dodatku wyjątkowo głupia. Było mi bardzo trudno śledzić jego poczynania, bo jak można wczuć się w postać, która nie wykazuje żadnego logicznego myślenia, nie ma własnego zdania i robi wszystko co mu się każe (jeśli dostaje rozkaz od osoby posiadającej piersi), lub nie robi nic (jeśli prosi go ktoś, kto chce mu pomóc)? Z chęcią będę zapoznawać się z kolejnymi dziełami autora, ale jeśli będzie nadal tworzył tak nieudolnych bohaterów, to raczej szybko zrezygnuję. Może na pocieszenie dodam, że mimo wszystkich wad każda z postaci coś sobą reprezentuje i na ich przykładzie można w różny sposób interpretować tytułową pustkę.

Jak pisałam, Puste niebo było dla mnie pod wieloma względami zaskakującą powieścią i naprawdę warto ją przeczytać. To bardzo nieoczywista fantastyka i takiego rodzaju książek powinno powstawać jak najwięcej. Mimo tego że nie obyło się bez drobnych zgrzytów to wspominam ją dobrze i pewnie jeszcze kiedyś wrócę do tej innej strony Lublina, magicznej, baśniowej i nieokiełznanej.
Czytaj dalej »

środa, 5 grudnia 2018

Skąd się wziąłeś, wszechświecie? | Krótka historia czasu, Stephen Hawking

Odnoszę wrażenie, że im bardziej rozwija się technika i nauka, tym mniej wiemy o otaczającym nas świecie, pojawiają się kolejne niewiadome i chyba nigdy ludzkości nie uda się zrozumieć zasad rządzących wszechświatem. Tak samo miałam podczas czytania Krótkiej historii czasu - im więcej informacji przeczytałam, tym bardziej głupiałam.
Od dawna chciałam przeczytać książkę Hawkinga, który niewątpliwie był jednym z największych umysłów naszych czasów, ale bałam się, że będzie da mnie za trudna. I była trudna, chociaż to całkowicie subiektywne odczucie, jestem noga z fizyki więc czasem ciężko było mi zrozumieć pewne kwestie. Książka nie jest stricte naukowa, nie ma w niej żadnych wzorów i równań, w dodatku napisana jest przejrzyście i z dużą dawką humoru. Niemniej podejmowane przez autora tematy same w sobie są skomplikowane i trudno je przedstawić w zrozumiały dla zwykłego zjadacza chleba sposób.

Książka podzielona jest na kilkanaście rozdziałów, które przybliżają nam tematykę tytułowego czasu, domniemanych początków wszechświata, zależności czasu od innych sił fizycznych czy czarnych dziur i możliwości dalszego rozwoju kosmosu. Autor pokazuje różne punkty widzenia i teorie naukowe, wplata mnóstwo ciekawostek i anegdot ze świata nauki, dzięki czemu nie mamy wrażenia, że czytamy jakiś nudny podręcznik. Porusza też kwestię możliwości istnienia Boga na etapie tworzenia wszechświata. Jest nawet trochę rysunków i schematów, ale czasem musiałam się nieźle nagłówkować, żeby je zrozumieć. Trzeba jednak pamiętać że oryginalne wydanie pochodzi z 1988 roku i od tego czasu dużo się zmieniło; uaktualnienie książki zawarte jest w Jeszcze krótszej historii czasu.

Krótka historia czasu jest dobrą propozycją dla ludzi chcących poszerzyć swoją wiedzę, ale wymaga maksymalnego skupienia i nie nadaje się do szybkiego przeczytania dla relaksu. Dobrze, jeśli czytelnik ma jakąś wiedzę na tematy poruszane w książce i dużo wyobraźni, w przeciwnym wypadku lektura będzie co najmniej frustrująca.
Czytaj dalej »

niedziela, 18 listopada 2018

Listopadowa prywatka

Mogłabym udawać zaskoczoną, że nie wiem, jak się to stało, że ostatni post pojawił się ze dwa miesiące temu, ale nie będę, bo doskonale wiadomo że jestem śmierdzącym leniem jeśli chodzi o systematyczne blogowanie. Zanim się zbiorę do czytania i pisania pewnie minie jeszcze trochę czasu, więc póki co chyba po raz pierwszy dodam post stricte prywatkowy, może kogoś zainteresuje.


Zbliża się zima (dziś w Lublinie spadł pierwszy śnieg!), więc niedługo pewnie będę miała więcej czasu na czytanie i ogólnie życie. Jesień była dla mnie bardzo zabiegana - pracuję w firmie ogrodniczej, a w związku z październikowymi wyborami i innymi uroczystościami mieliśmy pełne ręce roboty i jeden termin gonił drugi. Mimo że to dosyć ciężka i odpowiedzialna praca to daje mi dużo radości i satysfakcji. Powyżej zdjęcie z parku, który robiłam!

Prawdę mówiąc, trochę oszukuję, bo mimo wszystko przez ten czas przeczytałam kilka książek, ale znam swoje możliwości i ta liczba (jakieś 5) to wstyd. Najgorsze w tym moim chwilowym kryzysie jest to, że mimo iż czytam dobre książki, to w trakcie czytania nie czuję ani zainteresowania ani przyjemności. Macie tak czasem, czy jestem jakimś dziwolągiem???

 Niedługo wrócę z regularnymi wpisami, mam nawet kilka pomysłów, które jeszcze muszę przemyśleć. Nie podoba mi się do końca mój instagram, nie mam na niego zupełnie pomysłu i przede wszystkim robię beznadziejne zdjęcia :o Mimo to obiecałam sobie, że nie będę się poddawać, bo szkoda by mi było tego roku blogowania, więc póki co lecę nadrabiać czytelnicze zaległości (w tym obserwowane przeze mnie blogi, tyle tego!) i życzę miłego wieczoru :)
Czytaj dalej »

poniedziałek, 10 września 2018

Rozpoczęcie szkoły, więc TAG lekturowy!

W podstawówce i gimnazjum byłam prawie wzorowym czytelnikiem lektur, w liceum za sprawą słabej polonistki mój zapał czytelniczy trochę osłabł. Super jest odświeżyć sobie szkolne wspomnienia takim tagiem i dziękuję Kirimie za nominację :) To mój pierwszy taki post i pierwsza nominacja do czegokolwiek, wow!

1. Moja ukochana lektura szkolna to…

Trudno wybrać, sporo lektur okazywało się ciekawymi książkami. W podstawówce bardzo lubiłam Sienkiewicza, np. W pustyni i w puszczy, czy Krzyżaków, z kolei ze szkoły średniej najlepiej wspominam Mistrza i Małgorzatę i Proces Kafki. Podobała mi się też literatura wojenna i obozowa, przekazywały wartości nie tylko kulturowe ale i historyczne i uważam, że były potrzebne.

2. Najgorsza lektura szkolna, jaką przeczytałem/-am, to…

Najbardziej chyba wymęczyła mnie Lalka. Ba, nawet nie dałam rady jej doczytać. Nie dość, że długa, to na dodatek stężenie irytujących postaci stanowczo za duże. Wszystko mnie w tej książce denerwowało. I Dzieci z Bullerbyn - wiem, że ogólnie to lubiana książka, ale wydawała mi się jakaś taka głupia. Ogółem dużo lektur mi się nie podobało, ale poza wyżej wspomnianymi dało się je znieść.

3. (Pierwsza) lektura, której nie przeczytałem/-am, to…

Pierwsza lektura, której z premedytacją nie przeczytałam i nie przeczytam, to Pan Tadeusz. Rozumiem jej znaczenie historyczno - społeczno - kulturowe, ale ani treść, ani sposób napisania mi się nie podobały, a fanatyzm polonistki na jej punkcie dodatkowo mnie odstraszył. Po prostu to nie jest książka dla mnie i tyle. No i po tej książce pomijanie lektur już poszło z górki :P

4. Lektura szkolna, którą przeczytałem/-am więcej niż raz, to…

Krzyżaków przeczytałam chyba ze cztery razy pod rząd :D Nie wiem, co ja miałam z tym Sienkiewiczem, W pustyni i w puszczy też wałkowałam co trochę przez całą podstawówkę, ale teraz jakoś jego powieści w ogóle mi nie idą :| Kilka razy przeczytałam też Tango Mrożka, Małego Księcia i Jądro ciemności Conrada. Poza tym jako dzieciak te wszystkie lektury w stylu Ani z Zielonego Wzgórza czy Tajemniczego ogrodu (nawet teraz czasem czytam).

5. Lektura szkolna, do której wróciłem/-am po latach…

Chyba nie ma takiej, chociaż ostatnio czytałam Dżumę, której nie skończyłam jak był na nią czas. No i od czasu do czasu jakieś moje ulubione fragmenty z książek dla dzieci. A jeśli wiersze liczą się za lektury w myśl tego tagu, to Herbert i Różewicz.

6. Lektura szkolna, którą przeczytałem/-am zanim dowiedziałem/-am się, że jest lekturą, to…

Moja mama ma pełno książek, które czytałam zanim poszłam do szkoły i bardzo dużo z nich okazywało się później lekturami, Ania z Zielonego Wzgórza, Tajemniczy ogród, O krasnoludkach i sierotce Marysi... W późniejszym czasie nie miałam w zwyczaju czytać "na zaś" :P 

7. Lektura szkolna, którą udało mi się przeczytać dopiero niedawno, to…

Z lektur, które były omawiane u mnie w szkole, to Anna Karenina. I bardzo żałuję, że nie udało mi się jej przeczytać wcześniej, bo to naprawdę genialna powieść! 

8. Lektura szkolna, która powinna zniknąć z kanonu, to…

Nie mam zbyt wielkich kompetencji, żeby o takich rzeczach decydować, ale moim zdaniem niepotrzebne jest omawianie prawie całego dorobku pisarskiego danego autora. Przykładem może być Żeromski, którego autorstwa omawia się prawie wszystkie powieści - po co aż tyle (tym bardziej, że to nuda jak nie wiem). Sienkiewicz to samo (ale jego książki miały chociaż jakąś akcję). Mickiewicz - Dziady, Pan Tadeusz i połowa wierszy i to wszystko powtarzane na każdym etapie edukacji. W ogóle wydaje mi się, że lektur jest trochę za dużo i dlatego uczniowie ich nie czytają, a duża część to naprawdę grube książki. Z konkretnych tytułów wywaliłabym Nad Niemnem, gdzie omawialiśmy z całej książki tylko dwa fragmenty, to chyba była najbardziej bezsensowna z lektur.

9. Książka, która według mnie powinna być lekturą szkolną, to…

Ja jakoś nie miałam w szkole szczęścia do fantastyki i zazdroszczę ludziom, którzy czytali Lema, Tolkiena czy Lewisa. Myślę, że własnie zwiększenie różnorodności gatunkowej o klasykę fantastyki dużo by dało jeśli chodzi o promowanie czytelnictwa wśród uczniów, a taką też rolę powinny spełniać lektury. Wiadomo że młodzież chętnie czyta fantastykę i chętnie bym widziała wśród lektur takie książki jak Lewa ręka ciemności, Diuna, coś Lovecrafta albo Poego. I koniecznie dodałabym coś nowego, mam wrażenie że dla Ministerstwa Edukacji literatura współczesna nie istnieje xd wszystkie lektury w czasie kiedy powstawały były literaturą "popularną" (dla tych, co potrafili czytać heh) a obecnie też powstaje mnóstwo wartościowych książek, a i młodzież mogłaby się bardziej wczuć w coś nowoczesnego.

10. Lektura dowolna to ostatnia lektura przerabiana w czerwcu na języku polskim. Nauczyciel nie podaje żadnych wytycznych, uczeń sam wybiera książkę, którą chce przeczytać i przedstawić klasie. Co sądzisz o idei "lektury dowolnej"?

Super pomysł, naprawdę! Ale raczej gdyby u mnie w szkole była taka możliwość, to bym nie skorzystała, wstydziłabym się :< Abstrahując od nieśmiałości, mam wątpliwości, czy wśród uczniów taki pomysł byłby popularny. Wydaje mi się, że czytanie nie jest jakąś powszechną rozrywką wśród młodzieży. Chociaż nawet jeśli znalazłaby się chociaż jedna osoba chętna na takie wystąpienie to warto :)


No i to by było na tyle. Kogo nominuję? Każdego, kto by miał ochotę na taką zabawę, a w szczególności:
Skursywionych
Weronikę z Ogrodu Literackiego
Toukie
Czytaj dalej »